Strony

czwartek, 31 stycznia 2019

Podsumowanie stycznia!

Witajcie kochani! Styczeń dobiegł już końca więc czas na podsumowanie!


Riley - nieobecność
Anastasia - odejście
Bruno - nieobecność
Jake - nieobecność
Claudia - 5 L
Genevieve - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Gabriel - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Jerry - 5 L
Lizzie - nieobecność
Bella - nieobecność
Taehyung - 5 L
Courtney - odejście
Lucas - odejście
Ira - 10 L
Jimin - 15 L
Andrew - 35 L
Beyoncé - nieobecność
Cassie - nieobecność
Margaret - nieobecność
Austin - 60 L
Naomi - 40 L
Lisa - 5 L
Kate - nieobcecność
Minerva - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Levinn - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Owen - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Louise - 10 L
Anna - czas na napisanie opowiadania do 10 stycznia
Esmeralda - 5 L
Ethan - 10 L

W tym miesiącu uzbieraliśmy 28 postów, co nie jest wynikiem powalającym, ale mamy nadzieję, że przyszły miesiąc będzie dużo lepszy.

~Administracja ZN

Od Andrewa CD Jimina

Podróż ciągnęła się niemiłosiernie długo. Siłą powstrzymywałem się, aby nie zasnąć, co niestety nie udało się mojemu towarzyszowi, który większość lotu przespał na moim ramieniu. Szczerze mówiąc, gdy tak obserwowałem jego spokojną twarz, uświadamiałem sobie, że z każdą chwilą, chłopak przestaje być dla mnie obojętny, co było... dziwne. Dziwne, tak jak to, że nie miałem ochoty nie niego fuknąć, gdy umościł się na moim ramieniu. Ludzkie uczucia przestają być mi obce?

***

- Panowie zapewne w celach biznesowych? - zagadnął szofer, zerkając na nas z lusterka. Jimin wlepił znudzone spojrzenie w krajobraz za oknem, więc chcąc czy nie, to ja musiałem ciągnąć rozmowę. Przynajmniej tak nakazywała etykieta.

- Można tak powiedzieć... Skąd pan wiedział? - spytałem, mając nadzieję, że szofer przekaże mi nieświadomie jakieś ważne informacje o moim ojcu.

- Cóż... Zmierzamy do willi Rising Sun. Pan Hudson zaprasza tam tylko i wyłącznie ważne osobistości... - wyjaśnił, zawieszając się na chwilę. - ...i rodziny. - dodał, nieco markotniejąc. Posłałem mu zdezorientowane spojrzenie, chcąc nakłonić go do dalszego mówienia, lecz mężczyzna nie kontynuował. Przez kilka minut jechaliśmy w ciszy. Znudzony Jimin oparł swoją głowę na moim ramieniu i w dalszym ciągu wpatrywał się w mijane ulice Los Angeles. Kierowca wymienił ze mną jeszcze kilka zdań o pogodzie, ale nie wspomniał już o ojcu. Temat rodziny był zapewne tematem tabu w otoczeniu mojego taty. Dziwne...

Nim się zorientowaliśmy, samochód zaparkował przed ogromną willą, kilkanaście razy większą od mojej posiadłości w Elmo.

- Andy? - mruknął Jimin, gdy otrzymaliśmy nasze bagaże.

- Co?

- Ja... Nie chcę... - bąknął z cierpiętniczą miną.

- Co? - burknąłem nieco zdezorientowany. Czy on chce mnie wystawić?

- Co, jeśli on nie zaakceptuje tego, że jesteś homo? Albo mnie nie polubi? Albo w ogóle nie uwierzy, że jesteśmy razem? Wygoni nas czy coś? - ciągnął smutno. Gdyby tylko wiedział, że w mojej głowie krążą te same pytania. Chciałem się tym nie przejmować, ale z każdą kolejną sekundą moje wątpliwości narastały. Chciałem, żeby mnie zaakceptował? Pokochał? Zobaczył, że nie jest mi do niczego potrzebny? Czego ja chciałem?

- Proszę cię, rób to, co ja, a będzie dobrze dzieciaku. - powiedziałem, starając się, aby mój wiecznie złośliwy głos, brzmiał teraz jak najbardziej naturalnie. Przecież nie powiem mu, że sam nie wiem jak mam się zachować.

- Debil. - bąknął, łapiąc swój bagaż. Limuzyna zdążyła już dawno zniknąć za zakrętem, więc czy tego chcieliśmy czy nie, nie było już odwrotu.

- Jego opinia powinna znaczyć dla ciebie tyle, co zeszłoroczny śnieg albo wrzód na dupie tego szofera. - przewróciłem oczyma i objąłem go w pasie, przyciągając do siebie.

- Chu*owe porównanie. - mruknął, przyciskając się do mnie, po czym ruszyliśmy w kierunku schodów posiadłości.

- Miejmy to już za sobą. - szepnąłem do niego, widząc wysokiego mężczyznę stojącego w drzwiach. Bruce Hudson? Czy to ty? Szczerze mówiąc, wyobrażałem sobie go inaczej. Ku mojemu niezadowoleniu okazało się, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Co mam zrobić, gdy do niego dotrę? Uścisnąć dłoń? Wpaść w ramiona. Odruchowo przyciągnąłem Jimina jeszcze mocniej. W końcu dotarliśmy do drzwi. Dwadzieścia lat rozmyślań, co mógłbym powiedzieć mojemu ojcu, gdy w końcu go poznam, nagle zniknęło.

- Cześć tato. - wydukałem i nie wiedząc zbytnio co zrobić, wysunąłem dłoń w jego kierunku.

- Och Andy. Nareszcie mogę cię poznać... Synku. - powiedział mężczyzna, a w jego oczach zobaczyłem kilka malutkich łez. Przez chwilę miałem wrażenie, że chce mnie uściskać, jednak na szczęście ograniczył się do podania ręki. - A więc to jest twój hm... partner. - zagadnął wyciągając dłoń, również w kierunku chłopaka.

- Witam. Jestem Jimin. Miło mi pana poznać. - powiedział Azjata, jak gdyby mówił wyuczoną wcześniej formułkę.

- Wchodźcie. Wszyscy na was czekają. - zakomunikował tata, zapraszając nas do domu. Wszyscy? Jacy wszyscy. Rzuciłem Arancii zdziwione spojrzenie, ale wkroczyłem do środka i podążyłem za ojcem. Dotarliśmy w końcu do ogromnej jadalni, wypełnionej wspaniałymi zapachami potraw, stojących na dużym dębowym stole. Tuż przed nim stały dwie kobiety. Pierwsza była mniej więcej w moim wieku. Tak jak ja była wysoka i ciemnowłosa. Czyli to chyba oznacza, że mam siostrę? Szkoda, że dowiedziałem się o tym dopiero teraz... W sumie to lepiej późno niż wcale, prawda? Druga wyglądała na około siedemdziesiąt lat. Seniorka rodu Hudson we własnej osobie. Spod jej okularów wyglądały na mnie błękitne oczy, których spojrzenie mówiło, że nie tego się spodziewała. Cóż, chyba nie jestem szczytem jej marzeń...

- Maze, mamo, To jest właśnie Andy i... - zawahał się na chwilę ojciec. - ...jego partner.

Staruszka posłała Jiminowi złośliwe spojrzenie.

- Który w waszym związku jest kobietą? - fuknęła złośliwie. Miłe powitanie... Już miałem zamiar się odgryźć, gdy ku mojemu zdziwieniu do akcji wkroczyła Maze.

- Babciu, nie mam pojęcia ile wiesz na temat seksu dwóch gejów, ale jeśli chcesz, to możesz poprosić ich o małą prezentację. - parsknęła, podchodząc do mnie. - Jestem Mazikeen, ale możecie mówić mi Maze. Miło cię poznać braciszku. - uśmiechnęła się do mnie, a ja poczułem, że jest ona jedyną osobą w tym domu, z którą mogę nawiązać jakikolwiek kontakt. I była równie złośliwa co ja. - Nie przejmujcie się nią. Na razie ciężko jej zaakceptować fakt, że ma wnuka i do tego geja, ale w końcu się przyzwyczai. - szepnęła do nas, rzucając porozumiewawcze spojrzenie.

Jimin? Jakieś pomysły na przebieg tego uroczego spotkanka?
820 słów

Od Iry CD Taehyunga

Ten dzień był do dupy. Tak bardzo chciałabym się teraz gdzieś skryć iść i spędzić trochę czasu w samotności. Ale moje błagania nie zostały spełnione. Do sali przesłuchań wszedł policjant z ciepłą herbatą i postawił ją obok mnie, uśmiechając się delikatnie. Nie potrzebowałam jego współczucia, nienawidziłam tych fałszywych uśmiechów, którymi pewnie obdarował niejedną ofiarę. Ale go odwzajemniłam. Cóż, to właśnie przeze mnie musi zostać po godzinach, a przecież mógłby już być w domu przeklinając swoje życie i cały ten dzień. Upiłam łyk, czując jak ciepła ciecz patrzy mnie w gardło i spojrzałam na niego. Przyglądał mi się, choć wcale nie miałam tego za złe. Bardzo rzadko zdarzało się by policja w jakikolwiek sposób ingerowała w sprawy cyrku, a dzisiaj dzięki nim pewnie cały cyrk zostanie zamknięty. Ludzie zostaną bez pracy, ale o to się nie martwiłam. Ze swoimi zdolnościami znajdą pracę gdzie indziej.
- Twoja krew nie jest ludzka, prawda? I twój dyrektor o tym wiedział. Tu nie chodzi tylko o to, że bałaś się uciec.
Ale Jack...
W moich oczach pojawiły się łzy, gdy tylko spojrzałam na małe tygrysiątko. Jestem zbyt słaba by żyć. Jak mogę chronić osoby, na których mi zależy, skoro nie mogę uchronić samej siebie? Ten świat jest spaczony i zły.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na niego. Teraz się nie uśmiechał. Trzymał dłoń na pistolecie jakby w obawie, że w każdej chwili mogę się na niego rzucić. Nie zaprzeczyłam, nie było sensu. I tak wkrótce się dowiedzą wszystkiego.
- Co jest złego w tym, że chcemy żyć, skoro przyszliśmy na ten świat i tu się wychowaliśmy? Wy tego nie zrozumiecie. Nie jestem wcale gorsza od ciebie. Myślisz, że dlaczego wszystko co i n n e nie chce się ujawnić? Będziecie patrzeć na nas z góry i prawić kazania! Nawet tacy jak ja...Nawet ja...Chce żyć tak samo jak wy! Zawsze tylko mówicie, że wasze życie jest koszmarem. A co mogę powiedzieć ja, kiedy egzystuje jak nieczłowiek od urodzenia?!
Po moich policzkach popłynęły łzy, lecz wtedy usłyszałam jak ktoś woła moje imię i ciepło czyiś dłoni na moich policzkach.
- Tae... - wyszeptałam, patrząc wprost w jego oczy. To naprawdę on. To on zgłosił moje zaginięcie. Ale dlaczego? Przecież dałam tu ten cholerny list! On nie jest taki głupi, pewnie nie uwierzył w ani jedno słowo zawarte w liście.
- Proszę się od niej odsunąć, ona jest niebezpieczna - policjant, złapał go za ramię i odciągnął za siebie, a gdy chciałam wstać by zaprotestować w oka mgnieniu chwycił za pistolet i przystawił mi go do czoła.
- Nie podchodź, k u n d l u .
< Tae?>
Słowa: 422

środa, 30 stycznia 2019

Od Taehyunga CD Iry

Nie mogłem znieść tego co się stało. Przecież ona nie zostawiłaby mnie w własnej woli, w końcu się... przyjaźniliśmy. Byłem wolny, media nie dowiedziały się o moim małym wybryku i krótkiej odsiadce. Mimo to miałem teraz pod swoją opieką wielkiego kota, który dodatkowo chyba mnie nie lubił.
Cholera, Ira gdzie jesteś?
Przeczytałem list, dokładnie i to kilka razy chcąc dokładnie zrozumieć przekaz i doszukać się drugiego dna (którego chyba tam nie było).
Rozważałem wszystkie za i przeciw a do mojej głowy coraz bardziej dochodziła myśl by wszystko to zgłosić.
Złe traktowanie ludzi, prawdopodobnie znęcanie się nad zwierzętami, możliwe też, że nielegalny transport... To już wystarczające zarzuty by iść siedzieć i to co najmniej na kilka lat.
W końcu zdrowy rozsądek wygrał, a ja po prostu nie mogłem tego nie zrobić i już następnego dnia z samego rana zgłosiłem zaginięcie. Oczywiście pan z komisariatu pamiętał mnie bardzo dobrze i widząc moją osobę skrzywił się nieznacznie.
 - Zaginęła... Moja przyjaciółka. - Bąknąłem bez żadnego zbędnego przywitania.
 - Nie wiem czy możemy panu zaufać.
 - Możecie. - prychnąłem. - Po prostu mi pomóżcie.
Opisałem dokładnie jej wygląd i sytuację w której zaginęła , oczywiście nagiąłem kilka faktów żeby nie wzięli mnie za wariata, ale już chwilę później obiecali mi, że jak najszybciej rozpoczną poszukiwania.
Wracając pieszo do domu w głowie ogarniałem wszystkie za i przeciw. Nie wiedząc co o tym myśleć. Miałem tylko nadzieję, iż wszystko pójdzie zgodnie z planem i nikt zbytnio na tym nie ucierpi, zwłaszcza moja urocza towarzyszka.
~*~*~*~*~
Gdy następnego dnia dostałem telefon, że brunetka jest na komisariacie, nawet urwałem się z treningu tłumacząc się nagłym przyjazdem ciotki, którą muszę odebrać z lotniska. W każdym razie pobiegłem tam zgarniając po drodze Dakotę, który na pewno też chciał zobaczyć swoją prawdziwą właścicielkę. 
Wszedłem bez pukania do tak zwanej sali przesłuchań i gdy ujrzałem bezpieczną Irę odetchnąłem z ulgą.
 - Ira! - krzyknąłem z radością
Zauważyłem, że była przygnębiona, prawie na granicach płaczu, a niedaleko niej spoczywało małe tygrysiątko. Zamieniłem kilka słów z policjantem i wróciłem do dziewczyny już w samotności chcąc porozmawiać.
 - Ira, ja... Nie wiem co się tam stało. - Uklęknąłem przed nią. - Przepraszam cię... Ale... Ja po prostu musiałem cię znaleźć... Tam nie byłaś bezpieczna. - Pogładziłem ją po policzku, a ona podniosła na mnie wzrok.

Ira? Pisane na informatyce, so jak coś to sorkiiii~

piątek, 25 stycznia 2019

Od Jimina CD Andrewa

Ujrzawszy dość bogaty jak na moje oko samolot z luksusami, moje oczy powiększyły się do rozmiarów pięciozłotówek.
 - Czego innego mogłem się spodziewać? Bogaty synuś, bogaty tatuś... Wasz pies też żyje w oddzielnym pałacu z bandą psich sługusów? - Wywróciłem teatralnie oczami.
Pragnę tylko dodać, że moja rodzina nie była zbyt bogata, toteż o takich rzeczach mogłem sobie jedynie pomarzyć.  Oczywiście podobało mi się to, ale nieco mnie to przytłoczyło. Czułem, że tu nie pasowałem i ewidentnie to są za wysokie progi jak na moją osobę. Zresztą... Mówimy o człowieku, który robi za dziwkę, bo nie potrafi znaleźć sobie innej, legalnej pracy. Czy można upaść niżej?
 - Ogarnij się, zaczynasz bredzić, jarałeś coś zanim tu przyszliśmy? - Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.
 - Co? Nie! Spadaj! - Założyłem ręce na piersi i wydąłem policzki jak jakiś dzieciak.
Ten tylko prychnął i uniósł rękę chcąc chyba poczochrać mnie po włosach, lecz zawisła ona w powietrzu, a później wróciła na swoje miejsce z cichym mruknięciem Andrewa.
Żałowałem, że tego nie zrobił, bowiem chyba trochę tego potrzebowałem...
W każdym razie, zajęliśmy swoje miejsca (ja od okna swoją drogą). Gdzieś w międzyczasie do samolotu weszło jeszcze kilku ludzi, ale większość miejsc była wolna. Co prawda nie odzywaliśmy się do siebie pogrążeni we własnych myślach. Ja robiłem zdjęcia i próbowałem zapamiętać każdą chwilę tu spędzoną, gdyż pewnie nigdy więcej nie będzie mi dane lecieć takim samolotem. Andrew przyglądał się ludziom i zamawiał nam jedzenie wymieniając słowa z stewardessą. Postawił przede mną talerz wypełniony jakimś mięsem z ryżem i sałatą, a ja w tym czasie przeszukiwałem mój podręczny bagaż w poszukiwaniu słuchawek.
 - Kurwa! - krzyknąłem zapominając gdzie jestem.
 - Wyrażaj się! - Trącił mnie łokciem. - Jesteśmy w miejscu publicznym, otoczeni przez wpływowych bogaczy, wezmą nas za wieśniaków. - Warknął.
 - Przepraszam. - bąknąłem nie czując skruchy.
Mówiłem, że tu nie pasuję?
Po chwili ciszy szatyn patrzył na mnie przez dłuższy moment jakby zastanawiając się nad czymś.
 - Czego szukałeś? - spytał beznamiętnie.
 - Um... Słuchawek. - odparłem bojąc się kontaktu wzrokowego i spoglądając przez okno.
 - Trzymaj. - Westchnął z wielkim bólem oddając mi jedną ze swoich, przez co teraz stykaliśmy się ramionami żeby kabelek mógł do mnie sięgnąć.
Nudziło mi się. To mogłem wprost przyznać, czas dłużył mi się niemiłosiernie, więc szybko przymknąłem oczy i odczuwając niejakie zmęczenie powoli odpływałem w fantastyczną krainę snów wraz z lecącą w tle piosenką Alana Walkera. Głowa osunęła mi się tak, iż oparłem ją o szybę okna. A może to było ramię Andsa? Miałem szczerą nadzieję, że to drugie. Odetchnąłem błogo mrucząc coś pod nosem z zadowolenia.

~*~*~*~
Obudził mnie kuksaniec w bok.
 - Wstawaj smerfie, niedługo lądujemy.
Otworzyłem zaspane oczy i przetarłem je rękawem patrząc z mind fuckiem na mojego sponsora.
 - Zjedz coś, bo będziesz głodny. - Podsunął mi talerz z zimnym już jedzeniem. - Masz jakieś dwadzieścia minut. - Powiedział typowym dla siebie tonem.
 - Zimne. - Wykrzywiłem twarz w grymasie.
 - Było jeść wcześniej. - Wzruszył barkami.
Skończyło się na tym, że skubnąłem ledwie kawałek mięsa i widelec ryżu, a później odsunąłem w stronę szatyna i korzystając z faktu, że jeszcze tu jestem - zacząłem podziwiać widoki zza okna.

jakieś pół godziny później
Byliśmy już na lotnisku, gdzie kupiłem sobie tylko czekoladowego batonika. Andrew nieco podirytowany wydzwaniał do ojca, który miał podesłać po nas szofera, tak więc lataliśmy po całym parkingu szukając auta bądź mężczyzny w podeszłym wieku w czapeczce i garniturze. Po kolejnych trzydziestu minutach w końcu go odnaleźliśmy i wsiedliśmy do całkiem pokaźnej limuzyny zagadywani przez miłego pana. W sumie to tylko Andrew z nim rozmawiał, ja cały czas pocierałem zmęczone włosy i rozważałem położenie się na ramieniu mężczyzny, bojąc się jego reakcji. 
Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem, lecz widząc że nie reaguje i jest pochłonięty pogawędką, ostatecznie zrobiłem to na co miałem ochotę na co nie uzyskałem reakcji ze strony szatyna. Jest dobrze. Czas w aucie zleciał mi szybko. Nim się obejrzałem wysiadaliśmy, wtedy też mój żołądek zrobił kilka fikołków i w między czasie doszedłem (dochooodzę~) do wniosku, że nie mam najmniejszej ochoty tam iść.
 - Andy.
 - Co?
 - Ja... Nie chcę...
 - Co?
 - Co jeśli on nie zaakceptuje tego że jesteś homo? Albo mnie nie polubi?Albo w ogóle nie uwierzy, że jesteśmy razem? Wygoni nas czy coś?
 - Proszę cię, rób to co ja i będzie dobrze dzieciaku.  - Zacmokał z dezaprobatą i wyśmiał moją głupotę.
 - Debil - bąknąłem jeszcze łapiąc w drugą dłoń mój bagaż.

Andy? 
Słowa: 698

czwartek, 24 stycznia 2019

Od Louise CD Esmeraldy

Po skończeniu pracy i dotarciu do domu dosłownie padałam ze zmęczenia. Serio, weź siedź od 12 do 18 w robocie i kończ tłumaczenie jakiejś nudnej książki z portugalskiego na angielski, a potem zaczynaj tłumaczyć tą samą książkę na francuski. Naprawdę, lubię tłumaczyć i kocham czytać, ale ta książka to porażka. Jedna. Wielka. Porażka. A jeszcze lepsze jest to, że po przetłumaczeniu tego gówna na francuski czeka mnie tłumaczenie tego na koreański. Super!

Przekręciłam się z pleców na brzuch i wtuliłam twarz w poduszkę. Po paru sekundach wydałam z siebie wręcz żałobny jęk i zaczęłam walić głową w poduszkę. Moje żale przerwał dopiero odgłos naciskania na klamkę. Zerknęłam w bok, a mym oczom ukazali się Lavanda i Cielo. Psiaki wbiegły do pokoju, wskoczyły na moje łóżko i zaczęły się do mnie łasić. W drzwiach zaś stała Lizzie.

- Hej, wszystko dobrze? - zapytała.
- Świetnie. - uśmiechnęłam się sarkastycznie. - 6 godzin pracy... Skończyłam tłumaczenie gównianej portugalskiej książki na angielski i zaczęłam ją tłumaczyć na francuski. Potem będę musiała to przetłumaczyć jeszcze na koreański.
- No to powiem ci, słabo. - mruknęła, wchodząc do pokoju, i zamykając za sobą drzwi. Usiadła na łóżku obok mnie i psów.
- A jak u ciebie? - zmieniłam temat, przy czym zaczęłam głaskać psiaki.
- Nooo... Byłam dziś tylko na kawie z Riley, potrenowałam z Shakirą i się nią zajęłam, a tak poza tym to siedzę w domu i strasznie się nudzę. Dopiero w poniedziałek idę do pracy.
- Ale ci dobrze kobito... - westchnęłam i położyłam głowę na poduszce.
- Ty przynajmniej możesz czuć satysfakcję ze znajomości ośmiu języków, plus masz co robić, kobito. - uśmiechnęła się, naśladując mój ton głosu.
- Lepiej siedzieć w domu i się nudzić, niż siedzieć sześć godzin na dupie w pracy.
- Ale pomyśl o tym tak, że dostaniesz za to kupę kasy i będziesz mogła od tego odpocząć.
- Co masz na myśli? - spojrzałam na przyjaciółkę i uniosłam brew.
- Pojedź sobie kiedyś na urlop gdzieś za granicę. Odpoczniesz od pracy i w ogóle.
- Ale wiesz, że skoro pojadę sama, to nie będę miała do kogo gęby otworzyć?
- Znajdź sobie faceta albo coś. - zamachała brwiami, a na jej twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
- O tyyy! - roześmiałam się i dałam jej lekkiego kuksańca w ramię. - Do tego całą rozmowę zmierzasz!
- Skądże... - zrobiła minę niewiniątka. Po chwili dodała: - A tak serio, to myślę że zasłużyłaś aby mieć kogoś przy sobie.
- Pff, wymyśliła. - dmuchnęłam na pasemko włosów wchodzące mi do oczu, aby je odgarnąć. - Wszystko z czasem. A poza tym to z tobą co pod tym względem, hm?
- Po pierwsze, ze mną nikt nie wytrzyma. Po drugie, nie zasługuję na tak wspaniałe coś, jak posiadanie ukochanego. Po trzecie, ja to nie ty.
- Ej, ej, ej! Nie mów tak nawet! - zerwałam się do siadu. - Przecież jesteś wartościową osobą i nie pomyślałabym nawet, że nie można z tobą wytrzymać. Mną faktycznie nie jesteś, więc tym bardziej zasłużyłaś na kogoś dla siebie. - przytuliłam się do blondynki.
- Dobra, nie mam zamiaru się kłócić. - westchnęła cicho. - Tak właściwie to może skoro obie nie mamy za dobrego humoru, skoczymy ze znajomymi do klubu?
- W sumie dobry pomysł. Tylko kogo niby weźmiemy?
- Lisa, Margaret, Riley, Genevieve i Bruno mają dziś chyba wolny czas. Zadzwonię do nich, przy okazji zapoznasz się lepiej.
- Okeeej.
Po tym, jak Lizzie zadzwoniła do całej piątki i ustaliła godzinę oraz kto przyjeżdża z kim, zaczęłyśmy się szykować. Makijażu nie zrobiła żadna z nas, za to obie wybrałyśmy stosowne kreacje. Zajęło to dość długo, bo jak zwykle musiałyśmy się powygłupiać. Udało mi się namówić Lizzie, także klubu pojechałyśmy moim autem. Nie musiałyśmy też długi czekać na resztę, gdyż Ril i Maggie przyjechały zaraz po nas, a Lisa, Gen i Bruno przyjechali parę minut po nas.
- Sorka że tak długo, ale był korek. - usprawiedliwił się Bruno.
- Spoko, i tak czekamy tylko parę minut. - uspokoiłam go.
Całą siódemką weszliśmy do klubu. Wzięłam sobie mojito do picia i zasiadłam przy barze, natomiast cała reszta wzięła nieco mocniejsze drinki i poszła na parkiet.
- Nie idziesz? - zapytała Lizzie.
- Na razie nie, później dołączę. - uśmiechnęłam się. Może i to był trochę smutny uśmiech, co Liz zauważyła z całą pewnością, ale cóż.
- Okej, niech ci będzie. - dziewczyna skinęła głową, zapewne po prostu bojąc się, że rozmową bardziej mnie przygnębi, i poszła na parkiet.
Odwróciłam wzrok z powrotem na bar. Zauważyłam, że przyszła nowa barmanka na zmianę. Chyba dosłownie nowa, bo nigdy wcześniej jej tu nie widziałam. Miała śniadą skórę, ciemnobrązowe, rozpuszczone włosy, sięgające na oko do biustu i ciemne oczy. Niemal od razu wyczułam, że jest wilkołakiem. Tak, takiej woni nie da się pomylić z żadną inną.
Nie wyglądała też na złą osobę... Może w najbliższym czasie dołączy do naszej watahy? A może już dołączyła? A może jest już w jakiejś innej watasze?
- Coś podać? - odezwała się, widząc że wypiłam już całą zawartość mojej szklanki.
- Mojito, poproszę. - uśmiechnęłam się i wyłożyłam pieniądze na blat. Barmanka zabrała się za robienie mi drinka.

802 słowa

Esmeralda? Sorki za jakość, jeszcze spróbuję się rozkręcić heh xD 

środa, 23 stycznia 2019

Od Iry CD Taehyunga

Czyszczenie sprzętu było tak samo nudnym zajęciem jak kiedyś. Ten zapach oleju do skóry tak strasznie drapał w szyję, że po krótkim czasie nawet nie miałam siły odkaszleć. Spędziłam tu dopiero tydzień. Ten strasznym tydzień. Nie wiem co dzieje się na zewnątrz, a dyrektor jak na razie nie dopuścił mnie do żadnego występu. Nie miał do tego zwierząt. Jak się okazało, od czasu kiedy uciekam nie zatrudnił nikogo na moje miejsce. Jakby wiedział, że z czasem wrócę. Pracował tu chłopiec, który na oko mógł mieć 15 lat i także uczył się tresury, ale jego podopieczny był zbyt mały by mógł brać udział nawet z najłatwiejszymi sztuczkami. 

Podniosłam wzrok, gdy usłyszałam, że wejście do namiotu się podniosło, a do środka wpadło zimne powietrze. 

- To tylko ja. Przeniosłem ci jedzenie, chyba dawno nic nie jadłaś, co? - Jack wszedł do środka, a jego szczupła sylwetka w świetle lamki wydawała się o wiele drobniejsza niż zwykle. Nadal nie powiedział mi skąd się tu wziął, lecz mogłam się domyśleć po wypukłym znaku, został naznaczony jak bydło. 

- Dzięki młody, ale nie jestem głodna. Możesz zjeść moją porcje, tobie bardziej się przyda. - znów zajęłam się czyszczeniem, odsuwając parę rzeczy z biurka by chłopak mógł usiąść. I tak wyglądała moja codzienność. Siedziałam w tym zakichanym namiocie, rozmawiając z młodym o różnych głupotach. Nawet nie wychodziłam by zobaczyć występy reszty trupy, nie miałam siły. Wciąż rozmyślałam. Co tam u Dakoty? Jak czuje się Tae? Czy dają sobie radę? Mogę mieć jedynie nadzieję, że tak. Muszę w to wierzyć. 

- Jesteś strasznie małomówna, bardziej to ty przypominasz mi tygrysa niż moja Mor!  - zaśmiał się, przyglądając się mojej pracy. Tylko raz straciłam kontrolę nad młodym. I owinęłam połykaczowi ognia bat wokół szyi, gdy jego ręką znalazła się na moim pośladku. Obleśny typ. 

- Każdy z czasem dziczeje i to od nas zależy w jakim stopniu. 

Odłożyłam wszystko na bok, wpatrując się w niego. Dlaczego on był taki szczęśliwy? Czyżby dyrektor tylko wobec mnie się tak zachowywał? 

- Ach, zapomniałem Ci powiedzieć! Dyrektor prosił byś wieczorem do niego przyszła, nie wiem o co chodzi - odparł z pełną buzią. Podałam mu chusteczki by mógł wyrzeć brudną twarz, a sama chwyciłam za grzebień by rozczesać włosy. Czuję, że to będzie trudny wieczór. 

~*~

Gdy weszłam do głównego namiotu, zatkało mnie. Mężczyźni w niebieskich strojach przetrząsali każdy skrawek, a szef siedział na ziemi, przykuty kajdankami do jednej z rur grzewczych. Nagle poczułam dotyk na ramieniu i gwałtownie odwróciłam się w stronę młodego mężczyzny. 

- Jesteś Ira, prawda? 

Kiwnęłam głową. 

- Ktoś zgłosił twoje zaginięcie, a tutaj znajdował się jedyny trop jaki znaleźliśmy. Nic ci nie jest? 

Zaprzeczyłam.

Jack stanął obok mnie, w tak samo wielkim szoku, rozglądał się wokół. Ruszyłam w stronę wyjaśnia z namiotu, by odetchnąć. Czy to koniec? Jestem wolna? Ale jeśli tak to mogę... 

Huk. Krzyk ludzi. Wystrzał. 

Wbiegłam z powrotem do namiotu. Jack leżał na ziemi ze złamanym karkiem, a obok niego leżał dyrektor z raną postrzałową w nodze. 

Martwe oczy, wpatrywały się we mnie. To tylko sen, prawda? 

~*~

Resztę pamiętam jak przez mgłę. Policjanci zaczęli zabierać zwierzęta transportetem, ale słysząc przestraszony pisk małej tygrysicy, zabrałam ją warcząc na wszystkich wokół. To była tygrysica Jacka. To on miał ją trenować i zbudować z nią więź. A już po chwili czekałam z nią, wtuloną w moją bluzę, na komisariacie, czekając na osobę, która zgłosiła moje zaginięcie. 

<Tae?? >

Słów : 548

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Od Austina CD Naomi

       Gdy minął kolejny, prawdopodobnie trzeci tydzień, od wyprowadzki z Zimowego Poranka, czułem jak wszystkie moje emocje gasną. Cały ja zostałem przytłumiony samotnością i własną głupotą, a gdy doszły do tego cięższe zlecenia z pracy, wygasłem jak ostatnia zapałka. Na mojej twarzy nie pojawiał się już uśmiech, a w duszy kuło, z dnia na dzień coraz bardziej. Anna, która zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć, teraz rozkładała ręce i nie wiedziała, jak dalej postępować. Postanowiłem nie zawracać głowy moim znajomym i robić to, co robiłem zawsze - praca, siłownia, szkolenia i spacery. Gdy dopiero nadszedł weekend, zalałem się alkoholem tak bardzo, jak było to możliwe. Utopiłem wszelkie negatywne emocje, które z początkiem nowego tygodnia, jeszcze bardziej się nasiliły.
- Austin, nie przesadzasz za bardzo? - spytała Anna, gdy to siedzieliśmy razem na przerwie.
- Z czym? - spytałem wpatrzony w jasny kubek kawy.
- Jak z czym? - przybliżyła się do mnie - Staczasz się, Austin - dodała, na co wzdrygnąłem ramionami - Nie możesz tak żyć, bo..
- Bo co? Codziennie robię to samo, Anna. Jak taki robot. Przychodzę do pracy, podpisuje, łapie ludzi i wracam do pustego domu..
- I może jeszcze mnie będziesz o to obwiniał? - syknęła karcąc mnie wzrokiem.
- Nie, po prostu..
- Po prostu weź się w garść. Jesteś młodym człowiekiem, który może wiele osiągnąć - odparła spokojniejszym już tonem.
- A może ja już osiągnąłem to, co chciałem osiągnąć i chciałbym zakończyć pierwszy rozdział życie z kobietą u boku, którą kocham - podniosłem wzrok na brunetkę - I zacząć z nią kolejny rozdział - dodałem nieco ciszej.
Ten fakt chyba całkowicie uciszył ciemnowłosą, gdyż do końca przerwy siedziała zamyślona z kubkiem kawy w dłoniach. Może to i dobrze, nie miałem jakoś ochoty na rozmowy. Gdy wypiłem ostatni łyk kawy, opuściłem "stołówkę" i udałem się do swojego biura, gdzie kontynuowałem wypełnianie różnych wniosków. W mieście nic się nie działo, przez co my kryminalni mieliśmy bardzo mało roboty, lecz dyrektor uważał to za ciszę przed burzą. Ciszę, która trwała kolejne kilka dni... Gdy wszelkie dokumenty schowałem już do archiwum, a na zegarku dochodziła godzina piąta wieczór, dostaliśmy zgłoszenie o napadzie na bank. Ta informacja postawiła na nogi cały komisariat oraz ściągnięto policjantów, którzy wcześniej skończyli swoją pracę. Przygotowaliśmy się do akcji poprzez ubranie kamizelek kuloodpornych oraz uzupełnieniu amunicji w posiadanej broni. W busie dostaliśmy maski tlenowe, które ponoć mogą się przydać. Na miejsce wezwaliśmy również inne służby specjalne, takie jak straż pożarta czy pogotowie ratunkowe.
Pod bankiem stały tylko dwa auta, a ze środka budynku nie dochodziły żadne krzyki. Zimowa ciemność kompletnie nie pomagała nam w tej sytuacji, przez co musieliśmy wezwać helikopter z pobliskiego lotnika. Grupa antyterrorystów skierowała swoje oddziały do wejść bocznych i gdy tylko minęli ich progi, rozległ się huk broni palnej. Na bieżąco zbierałem informację odnośnie bandytów, rannych oraz cywili, po czym wysyłałem kolejnych ludzi w odpowiednie miejsca. Akcja jednak przybrała zły obrót i z okien oraz drzwi zaczął wydobywać się dym, prawdopodobnie z granatów dymnych. Zostało to potwierdzone przez obecnych w środku policjantów, którzy poprosili o dodatkowe wsparcie. Nie mając większego wyboru, sięgnąłem za maskę oddechową, która ma za zadanie zakryć nos oraz usta, aby gaz nie dostał się do dróg oddechowych. Upewniłem się co do posiadanej broni i wraz z kilkoma innymi policjantami, weszliśmy do środka zadymionego budynku. Ze względu na to, że bandyci stwarzali dla nas duże zagrożenie, każdy z nich został skutecznie postrzelony i nie ważne, czy wyjdzie z tego cało.
   Gdy sytuacja została opanowana, wyprowadziliśmy cywili z budynku i każdego z nich doprowadziliśmy do obecnych na zewnątrz karetek. Po ściągnięciu maski, obleciałem wzrokiem na wozy ratunkowe, gdzie medycy zajmowali się każdym z poszkodowanych. Zwykłe badania polegające na zadawaniu pytań i co niektórym podawanie środków uspokajających. Wtedy moje martwe spojrzenie zatrzymało się na kobiecie, którą miesiąc temu doprowadziłem do totalnego szału. Ponownie nie wiedziałem, jak odpowiednio zareagować, aby jej nie zranić.. Przypomniałem sobie wtedy o tym, że skoro potrafię pracować w policji, to tym bardziej mogę podejść do kobiety i z nią porozmawiać. Zebrałem w sobie resztki pozytywnej energii i skierowałem swoje kroki do karetki, w której siedziała Naomi. Była przykryta folią termiczna i rozmawiała o czymś z lekarzem. Gdy nagle jej spojrzenie uniosło się właśnie na mnie, chciałem zawrócić, lecz wyglądałoby to strasznie słabo. Ona zaś opuściła wzrok i poprawiła na sobie folię.
- Cześć Nao - przywitałem ją pewnym i zarazem spokojnym głosem - Cieszę się.. że nic Ci się nie stało - dodałem chowając ręce w kieszeń kurtki - Słuchaj..
- Przyszedłeś się tłumaczyć? - spojrzała na mnie dość ciętym wzrokiem.
- Chciałbym Ci wszystko wytłumaczyć, naprawdę - kucnąłem naprzeciw niej, gdyż kobieta siedziała na progu karetki - Tylko mi na to pozwól - dodałem półszeptem nawiązując z nią kontakt wzrokowy.
Gdy jednak Nao wzięła wdech by znów mnie o coś opieprzyć, w budynku nastąpił wybuch, prawdopodobnie jakiegoś gazu, przez co kilku policjantów ugrzęzło w środku. Z radia, którego miałem przypiętego do pasa, rozległ się niewyraźny komunikat.
Utknęliśmy.. *przerwanie* ogień.. *przerwanie* wsparcie *nagła cisza*.
Cicho westchnąłem i czując, że znów coś psuję, ugryzłem się w język, aby nie rzucać mięsem na tą cholerna pracę. Wstałem z przykucu i upewniłem się co do broni w kaburze, chwyciłem za maskę z radiowozu i ruszyłem w kierunku budynku. Nim jednak tam doszedłem, złapała mnie przerażona kobieta.
- Tam utknęła moja córka - powiedziała głośno płacząc i chwyciła mnie za ramiona.
- Wyciągnę stamtąd Pani córkę - zapewniłem ją i oddałem ratownikom, którzy wcześniej podbiegli.
- Uratujcie ją! - dodała nie mogąc powstrzymać żalu.
Ten fakt jeszcze bardziej zmotywował mnie do wejścia w ogień, lecz nie szedłem sam, a razem ze strażaki oraz innymi policjantami, gdyż w tej sytuacji każdy wyszkolony jest potrzebny.
Mając już maskę na twarzy, wkroczyłem do zadymionego budynku i zacząłem poszukiwania wcześniej wspomnianej dziewczynki. Mój słuch skupił się wyłącznie na drobnym głosie, który dochodził z drugiego końca budynku. Niczym zahipnotyzowany dążyłem do źródła dźwięku, skutecznie omijając wszelkie przeszkody i torując sobie ewentualną drogę wyjścia. W pewnym momencie doszło do kolejnego wybuchu, tak bardzo silnego, że cały budynek aż drgnął na fundamentach. Gdy dobiegłem już do małej dziewczynki, która panicznie łapała oddech, okryłem ją swoją kurtką i dałem maskę oddechową, po czym wziąłem na ręce i przytuliłem do swojego torsu chroniąc jej głowę. Tak na oko miała z cześć, może siedem lat. Ograniczałem swój oddech do minimum ze względu na unoszący się dym, lecz pomimo tego, płuca powoli zaczynały domagać się świeżego powietrza. Widziałem, jak reszta mundurowych wyprowadza innych cywilów z budynku, więc skierowałem się w ich kierunku. W sumie była to jedyna droga wyjścia, więc i ja po chwili znalazłem się na świeżym powietrzu. Widząc przerażoną kobietę, która była uspokajana przez ratowników, podszedłem do niej i oddałem dziewczynkę prosto w jej ręce. Szczęście, jakim oby dwie tryskały, był trudny do opisania. Oby dwie miały uśmiech, a nawet łzy radości, a mnie było stać jedynie na lekkie uniesienie kącików ust. Odebrałem od nich kurtkę oraz maskę, które sama mi oddała. Szczerze podziękowała, po czym zajęli się nimi lekarze. Mając już dosyć na dzisiaj, skierowałem się do radiowozu. Rzuciłem do środka kurtkę i rozglądnąłem się po obecnych karetkach, lecz nie zdołałem znaleźć Naomi. Z czasem akcja dobiegła końca.
          Myśl o Naomi nie dała mi żyć i gdy tylko wyszedłem spod prysznicu, ubrałem się w coś, co nie śmierdzi dymem i skierowałem się bawarką pod Zimowy Poranek.  Postawiłem auto trochę dalej od głównego wejścia i mając jeszcze klucze od garażu, wszedłem do środka poprzez drzwi garażowe. Tam udałem się schodkami do góry i zaraz wyszedłem naprzeciw kolejnych schodów, gdzie niezauważony poszedłem w kierunku pokoi. Naomi o dziwo była w środku, więc delikatnie zapukałem w kawałek drewna. Słysząc pozwolenie, uchyliłem ostrożnie drzwi i widząc brunetkę w stercie papierów, która była odwrócona tyłem do mnie, wszedłem do środka i zamknąłem za sobą drzwi.
- Przyszedłem porozmawiać - powiedziałem lekko wzdychając, ciemnowłosa zaś odwróciła się do mnie na obrotowym krześle - Tak, wiem.. jestem skończonym dupkiem, nie musisz mi tego powtarzać. Chcę Ci tylko wszystko wyjaśnić - uprzedziłem jej krzyki i narzekania na mnie.
- Mam dużo pracy.. - rzekła odwracając się do kartek.
- Widzę, ale zajmie to dosłownie chwilę - odparłem siadając na drewnianym krześle.
- Miejmy to już z głowy - westchnęła przeglądając nadal jakieś kartki.
- Więc.. skłamałem z tym szkoleniem i wiedziałem, że dowiesz się prawdy. Nie chciałem, żebyś się martwiła, a cała akcja miała skończyć się całkiem inaczej. Zostałem zmuszony do zażycia... stymulanta, przez co później podczas kłótni byłem... agresywny i nie panowałem nad sobą - wyjaśniłem kończąc z lekka łamiącym się głosem - Przepraszam Cię za to wszystko i nie proszę o wybaczenie.. Po prostu bardzo mi na Tobie zależy - dodałem wyrzucając z siebie resztki pozytywnej energii, cicho westchnąłem i wstałem z krzesła, z zamiarem opuszczenia pokoju brunetki.

Naomi? dupek Austin bez uczuć :v

niedziela, 20 stycznia 2019

Od Naomi CD Austina

Ten wieczór był dla mnie swego czasu przełomem. Zapukałam zapłakana do drzwi przyjaciółki  (chociaż obiecałam sobie, iż nie uronię ani jednej łzy), oczywiście mimo później pory otworzyła drzwi zaspana i widząc moją twarz stanęła jak wmurowana.
 - C...Co się stało? - spytała zdezorientowana.
 - A... Austin... - Wydukałam i objęłam ramionami rudowłosą chcąc się komuś po prostu wypłakać.
Z początku nie zadawała pytań, jedynie co to zrobiła mi gorącą czekoladę i usadziła przy kominku w niezwykle wygodnym fotelu. Dopiero później próbowałam opisać jej całą zaistniałą sytuację, chociaż składała się ona głównie z mojego jąkania się i pociągania nosem. Chyba wykorzystałam cały jej zapas chusteczek jaki miała...
W każdym razie, gdy już wypiłam trzecią filiżankę słodkiego napoju i zwyzywałam Austina od najgorszych (przy okazji wspominając te popieprzone wydarzenia), wtenczas najwyraźniej wypłakałam wszystkie łzy, które miałam, bowiem teraz siedziałam z beznamiętnym wyrazem twarzy i wpatrywałam się w przyjaciółkę.
 - Austin to dupek. - Podsumowała w końcu rudowłosa.
 - Może... Wiedziałam, że tak będzie! Przeczuwałam, że coś będzie nie tak, a on cholera musiał tam iść, musiał! Do tego później miał jeszcze do mnie wąty... - Prychnęłam, bo przecież jakoś musiałam się obronić prawda?
 - Może powinnaś też spojrzeć na to z jego perspektywy... Ten typek zabił jego rodziców.
 - Ale mógł ze mną porozmawiać na ten temat, a nie kłamać...
 - Chciał oszczędzić ci zmartwień.
 - Czemu go bronisz? - Zmarszczyłam brwi.
 - Po prostu nie chcę żebyście się kłócili. Oboje macie irytujące charaktery.
 - Tęsknię za nim. - Zaszlochałam. - A nawet oficjalnie nie byliśmy razem. - Zaśmiałam się niewesoło.
Lisa tylko przysunęła się bliżej mnie i troskliwie objęła ramieniem.
 - Idź już spać, późna godzina, a jutro pewnie masz pracę, musisz odpocząć. - Posłała mi delikatny uśmiech, a ja kiwnęłam głową.
Miała rację, zresztą mając w pamięci mój ostatni związek, który zakończył się podobnie - mężczyźni chyba tacy są. Albo to ze mną jest coś nie tak.
W każdym razie po długich kłótniach wywalczyłam to, że będę spać na kanapie i tak też zrobiłam.
Oczywiście, jak nietrudno się domyślić nie łatwo było mi odpłynąć w objęcie Morfeusza, gdyż moją głowę stale zaprzątał Austin Pieprzony Jones.
Nie był sobą, to było pewne. Może coś zażył? Po drodze odwiedził jakiś klub? Albo ten facet coś mu zrobił?
Nie miałam pojęcia. Chciałam się go wypytać o szczegóły, bądź chociaż normalnie porozmawiać, ale on był zły. Cholernie zły. Plus ja też powinnam być na niego wściekła, to że o mało co nie doszło do rękoczynów było niewybaczalne. Ale czego spodziewać się po mężczyźnie, który z zimną krwią zabija innych ludzi?
~*~*~*~
Udało mi się przymknąć oczy dopiero nad ranem, kiedy kominek już wygasał a ja byłam cholernie zmęczona. Tego dnia nie poszłam do pracy. Ogólnie to nie wychodziłam z mieszkania przyjaciółki, bowiem byłam w stanie mini depresji i nie miałam ani chęci ani sił do życia. Nie robiłam kompletnie nic poza piciem zielonej herbatki, którą tak kochałam i oczywiście myśleniem o Austinie. Cały czas odwzorowywałam wydarzenie z wczoraj i starałam się szukać przyczyn takiego zachowania jak i próbowałam odnaleźć kolejne istotne szczegóły. Co swoją drogą nie szło mi już tak dobrze...
Co chwila ktoś ze współlokatorów usiłował zająć mnie rozmową bądź jakoś pocieszyć (z marnym skutkiem niestety). Przez ten czas przygarnęłam sobie komputer rudej i skupiłam się na oglądaniu seriali, czytaniu książek czy rysowaniu... Jedyne czego mi brakowało to Toby. Właśnie, TOBY!
Jeszcze tego samego dnia ogarnęłam się na tyle, by nie odstraszać ludzi na ulicach i powolnym krokiem udałam się do Zimowego Poranka, w duchu modląc się aby nie spotkać bruneta. Włączyłam ulubioną muzykę w telefonie chcąc jakoś się zmotywować (z marnym skutkiem oczywiście).
Ku mojemu zadowoleniu w progu powitała mnie Cassie, oczywiście pytając o powód mojej nagłej mini ,,przeprowadzki". Wyjaśniłam jej wszystko nieco naginając fakty oraz omijając kilka zbędnych wydarzeń. Przy okazji poprosiłam, aby nie wspominała nic Austinowi o moim chwilowym przybyciu. Jak się później okazało przez moją chwilową nieobecność rudowłosa zajęła się moim maluszkiem czekając na mój powrót. Na moje szczęście brunet akurat niedawno wyszedł, toteż miałam wolną wolę. Szybko zgarnęłam wszystkie najważniejsze rzeczy mojego psiaka i wyściskałam dziewczynę.
 - Dziękuję, wiszę ci przysługę! - Zadeklarowałam.
W międzyczasie kiedy Cassie gdzieś poszła, ja zostałam sama na korytarzu i mimowolnie zerknęłam na zamknięte drzwi do pomieszczenia, w którym jeszcze niedawno urzędował mężczyzna. Pchnięta nagłą ciekawością na sekundkę odłożyłam wszystko co miałam w rękach i niepewnie uchyliłam skrzypiące drzwi. Na szczęście nie zastałam tam nikogo. Tylko pustkę, jak się okazało - większość jego rzeczy również zniknęła... Czując łzy zbierające się w kącikach oczu, tylko je starłam i niezdarnie usiadłam na rogu łóżka. Moją głowę napełniły wszystkie wspólne chwile, pierwsze spotkanie, a nawet mój pobyt u mafii, potem pierwsza kłótnia, gdy zniknął, chociaż w sumie stale na siebie krzyczeliśmy i wyzywaliśmy się... Uśmiechnęłam się niewesoło przypominając sobie wszystkie wyzwiska, którymi codziennie go szczyciłam. Po kilku minutach bezsensownego wpatrywania się w pustą ścianę miałam już dosyć.
 - Chyba pora wracać... - Szepnęłam sama do siebie.
 - Cassie! Wychodzę! - Zakrzyknęłam przy drzwiach zgarniając przy okazji mój łup i groźnego psa jakim był Toby.

~*~*~*~*~
Przez następne dni wszędzie było mnie pełno. Chcąc zapomnieć o brunecie, który nagle wtargnął w moje życie brałam wszystkie zlecenia jakie tylko wpadły mi w ręce. Pracowałam, tłumaczyłam teksty, odwiedzałam rodzinę i znajomych udając, iż wszystko jest w najlepszym porządku. Podświadomie cały czas oczywiście myśląc o Austinie. Pewnego dnia będąc na mieście przed oczami mignął mi jakiś motocykl. A że od jakiegoś czasu miałam fazę na te sprzęty i chciałam sobie nawet kupić własny, to oczywiście obejrzałam się za nim kilka razy i widząc motocyklistę żałowałam, że nie mogę tam siedzieć razem z nim. I żałowałam też, że nie miałam już nikogo kto mógłby wsadzić mnie na motor. Ponownie obraz mężczyzny pojawił się w moich myślach, lecz na krótko. Potrząsnęłam głową odganiając wszystko to co z nim związane i tylko przyspieszyłam kroku.
Pora zacząć nowe życie całkowicie wolne od nadętych facetów. Żegnaj Austinie...


Austin?
Słowa: 953

sobota, 19 stycznia 2019

Od Andrewa CD Jimina [18+]

Któż by się spodziewał, że chociaż raz obecność Jimina zadziała na mnie uspokajająco? Chociaż raz, gdyż chłopak w chwilach gdy nie uprawialiśmy seksu, wydawał mi się niezwykle irytujący, a czasem działał na mnie wręcz niczym płachta na byka. Dziś potrafił ukoić moje zszargane nerwy do tego stopnia, że byłem w stanie na chwilę zapomnieć o problemach i w pełni oddać się chodzeniu po nieprzyzwoicie drogich i ekskluzywnych sklepach. Na chwilę... Chcąc czy nie musiałem wreszcie stawić czoła przeszłości i skontaktować się z ojcem. Gdy tylko usłyszałem jego zmartwiony głos w słuchawce miałem ochotę wybuchnąć i bez zbędnych ceregieli wykrzyczeć jak wielki mam do niego żal, lecz ostatkiem sił powstrzymałem się. Rozmowę udało mi się przeprowadzić spokojnie, typowym dla mnie pełnym obojętności i chłodu tonem, chociaż jestem pewien, że gdyby nie uspokajające mnie spojrzenie Jimina nie skończyłoby się to tak kolorowo. Dalej dziwiło mnie, że po tylu latach postanowił się odezwać. Węszyłem w tym jakiś podstęp, lecz jakaś niewielką część mnie, pomimo wszystko wciąż chciała wierzyć, że pragnie on naprawić naszą relację. Jak gdyby do czegokolwiek było mi to potrzebne. Zaprosił mnie nawet na rodzinny obiad. Uroczo. Tylko jak on to sobie wyobrażał? Usiądę naprzeciwko niego - nieznajomego faceta i jak gdyby nigdy nic w spokoju spożyję posiłek, a w międzyczasie będę prowadził z nim luźną rozmowę? Nie. Niechętnie ale zgodziłem się, pod jednym warunkiem, że będę mógł zabrać ze sobą "chłopaka". Tak, potrzebowałem tam Jimina przy sobie i bynajmniej nie po to aby umilić sobie wieczory... Uznajmy to jako dodatek. Potrzebowałem go, bo nie chciałem być sam, obawiałem się, że mógłbym wybuchnąć, zamieniając rodzinne spotkanie w jedną, wielką kłótnię. Wstyd się przyznać, ale pierwszy raz potrzebowałem obecności drugiej osoby.
- Leciałeś już kiedyś samolotem, prawda? - spytałem chłopaka, jednocześnie obracając w dłoniach kubek z kawą.
- Raz. - odparł, upijając łyk swojego piekielnie słodkiego cappuccino. - Kiedyś lecieliśmy z rodzicami na wakacje, całą drogę gapiłem się przez okno. - dodał, uśmiechając się na to wspomnienie.
- To szykuj się na powtórkę. - uśmiechnąłem się do niego. - Nie masz zamiaru wymiotować, prawda. - upewniłem się, obserwując jego zdezorientowane spojrzenie. - Coś nie tak?
- Gdzie właściwie mieszka twój ojciec? - wlepił we mnie pytające spojrzenie, na co ja odpowiedziałem zagadkowym uśmieszkiem.
- Tajemnica. - powiedziałem, wyciągając portfel z tylnej kieszeni spodni. - Masz ochotę na coś jeszcze? - dodałem, rzucając kilka banknotów na stół. Chłopak pokiwał przecząco głową, wstał, ściągając kurtkę z oparcia i zarzucając ją pośpiesznie na barki. '
- Na pewno nie chcesz powiedzieć mi dokąd mnie wywozisz? - upewnił się, lecz odpowiedziała mu cisza. Mimo to, Jimin wciąż nie dawał za wygraną. - Andyyyy... - mruknął przeciągle, przybierając słodki ton głosu, którego używa się tylko wtedy, gdy chce się coś wymusić.
- Hmm... Nie. - rzuciłem krótko, przyśpieszając krok, aby jak najszybciej dotrzeć do podziemnego parkingu, na którym czekało spokojnie moje BMW.
- Hej zgredzie! - zaśmiał się wesoło. - Skoro już chcesz mnie porwać, to przynajmniej pozwól mi powiedzieć mojemu rodzeństwu, gdzie mają szukać moich zwłok.
- Zapewniam cię, że dopóki będziesz miły, to nic ci nie grozi, ani z mojej strony, ani z żadnej innej. Będę twoim bodyguardem. - uśmiechnąłem się, otwierając auto.
- Kto kogo będzie musiał chronić hm?
- Jeszcze słowo, a pozbawię cię nie tylko wycieczki życia, ale pieniędzy z konta. - pogroziłem mu, utrzymując żartobliwy ton. Dalej dziwił mnie fakt, w jak ekspresowym dla mnie tempie mnie rozweselił. Fakt, że w ogóle udało mu się to zrobić był dla mnie ewenementem. W odpowiedzi czerwonowłosy wytknął na mnie język i wpakował się do mojego samochodu.
- A może dokończymy to co zaczęliśmy? - zasugerował Arancia, kładąc jednocześnie dłoń na moim udzie, gdy opuściliśmy parking.
- Co masz na myśli? - spytałem, patrząc na niego, pełnym podejrzliwości wzrokiem. Chyba nie chciał... W mojej głowie natychmiast pojawiły się dzikie wyobrażenia, tego co moglibyśmy tu robić, co wywołało nieporządane podniecenie.
- To. - odparł krótko, przesuwając dłoń na moje krocze. Pierwszy raz to on wysuwa propozycję, a nie ja. Miła odmiana. Nawet bardzo, gdyby nie fakt, że znajdowaliśmy się w rozpędzonym wamochodzie.
- Jimin do cholery! Ja prowadzę. - warknąłem, lecz mój głos, wbrew moim planom, wcale nie zabrzmiał groźnie.
- Ależ mi to wcale nie przeszkadza. - odpowiedział, majstrując przy rozporku.
- Jeśli spowoduję wypadek i roztrzaskasz sobie tą piękną buźkę, to dalej nie będzie ci to przeszkadzać? - burknąłem, starając skupić się na prowadzeniu, co było praktycznie nie możliwe, kiedy małe rączki Jimina robiły wycieczkę po lepkim, gorącym wnętrzu moich bokserek.
- Przecież wiem, że dowieziesz nas na miejsce w całości. W końcu podobno... - przerwał, aby wyciągnąć mojego stojącego już penisa spod materiału. Spojrzał niewinnymi oczkami na moją twarz i przejechał językiem po całej długości członka, przez co z moich ust wydarł się cichy pomruk zadowolenia. - ... jesteś moim bodyguardem. - dokończył z satysfakcją wymalowaną na twarzy.
- Boże, tu nawet nie ma gdzie zjechać. - warknąłem poirytowany, starając się jak najbardziej skupić na kierowaniu, co było niezwykle trudne, z powodu przyjemności przepływającej przez moje ciało. Nagle chłopak bez większych ceregieli objął mojego członka swoimi grzesznym ustami i wsunął do gardła dużą jego część.
- Kurwa Jimin! Już wiem za co ci płacę! - jęknąłem, przymykając delikatnie oczy, pchany impulsem przyjemności.
- Kurwa Jimin... Ładnie to brzmi...
- Przecież wiesz, że... tak o tobie nie... nie myślę. - wysapałem z rozkoszą, z całych sił starając się nie spowodować wypadku. Czekoladowooki nic nie odpowiedział, jedynie przyśpieszył swoje ruchy. Z moich ust co chwila wymykały się ciche sapnięcia i pojękiwania, których nie byłem już nawet w stanie kontrolować. Zaskoczeniem dla mnie było, iż wciąż byłem w stanie prowadzić samochód, którym wjechałem w jedną z bocznych, niemniej wciąż nieco ruchliwych ulic i bez większych konsekwencji ograniczyłem swoją prędkość do 60 kilometrów na godzinę, co przy mojej najczęstrzej prędkości, która o wiele przekraczała 100, było wielkim odchyleniem. Czerwonowłosy co chwile zmieniał tempo swoich ruchów, doprowadzając mnie tym samym do szaleństwa. W pewnym momencie nie wytrzymałem i wplotłem jedną dłoń w krwiste kosmyki chłopaka, wypchnąłem delikatnie biodra, co jeszcze bardziej nakręciło Jimina. Wystarczyło zaledwie kilka krótkich minut, aby doprowadzić mnie na sam szczyt.
- Jimin, skarbie... ja zaraz... - zacząłem, lecz nie było dane mi skończyć, gdy nieopisana fala przyjemności zawładnęła moim ciałem, a ja z głośnym, gardłowym jękiem i przymkniętymi powiekami, doszedłem w ustach chłopca. Dzięki Bogu stałem wówczas na światłach, bo w innej sytuacji mogłoby to zakończyć się kiepsko. Westchnąłem ciężko i otworzyłem oczy, spoglądając na sprawcę tego zamieszania, który tylko uśmiechnął się do mnie niewinnie, subtelnie oblizał dolną wargę i schował mój interes z powrotem w spodnie.
- Jiminie Arancio, dziękuję. - mruknąłem, posyłając mu pełen wdzięczności uśmiech. Szczerze, to sam nie wiem dlaczego.
- Przecież ty nigdy nie dziękujesz. - odparł, wlepiając wzrok w obraz za oknem, gdy w końcu ruszyłem, kierując się do domu kochanka. Nie odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia jak. Może to i lepiej. Jeszcze zepsułbym tak miłą chwilę.

time skip

Ubrany w elegancką, lecz wciąż luźną, czarną koszulę przeroczyłem próg lotniska w Vancouver. Od samego rana nie czułem się najlepiej i wyglądało na to, że lot będzie dla mnie niczym innym jak kilkugodzinną katorgą. Jimin, również wystrojony w koszulą (którą siłą udało mi się na niego wcisnąć), również nie wyglądał najlepiej. Pomijając poranną kłótnię o strój nasze rozmowy opierały się tylko na marudzeniu i wiecznym wypytywaniu o cel podróży, który uparcie ukrywałem przed chłopakiem. Ale nie mogłem ukrywać tego w nieskończoność, prawda? W czasie kontroli Jimin sprawiał wrażenie, jakby zorientował się w sytuacji, ale wciąż temu nie dowierzał. W końcu gdy już mieliśmy wkraczać na pokład nie wytrzymał.
- Albo pomyliłeś samoloty albo jesteś dużo bogatszy niż przypuszczałem. - bąknął zdezorientowany.
- Obrzydliwie bogaty. - sprostowałem, uśmiechając się zwycięsko.
- Pierwsza klasa... Do Los Angeles... Ja śnię, tak? - mruczał pod nosem.
- Lepiej żebyś się obudził, bo nie zamierzam wnosić się do samolotu. - wyszczerzyłem zęby, po czym nie oglądając się za chłopakiem ruszyłem przed siebie. A może ten lot nie będzie tak fatalny jak myślę?
1272 słowa
Jimin?

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Od Ethana CD Lisy

Lekko zdębiałem. Że ja zboczeńcem. Może i szedłem za nią gdzie jest już ciemno.
- Jak bym był zboczeńcem, porwałbym cię do jakiegoś zaułka - uśmiechnąłem się ciepło.
Dziewczyna roześmiała się.
- Jestem Ethan Evans - podałem rękę
- Elisa Quinn - uścisneła mi dłoń
- Znasz tutejsze miasteczko ? - spytałem.
Sam nie znałem miasta zbyt dobrze więc może ona by mi pomogła.
- Tak mieszkam tu od niedawna ale się rozeznaje - odparła
- Czy zaszczycisz mnie i oprowadzisz mnie jutro? - zapytałem ukłaniając się
Dziewczyna roześmiała się.
- Uznam że to znaczy tak - uśmiechnąłem się szeroko.
- Dobra niech ci będzie - dodała po chwili
Zastanowiłem sie. Jutro Sobota więc akurat wolny czas.
- Wiec jutro o 14 w tym miejscu ? - zapytałem
- Oczywiście tylko nie zgub się - odparła
- Spróbuje - dodałem
Pożegnałem się i poszedłem do samochodu. Dziewczyna wydała mi się miła i pełna pozytywnej energii.Wróciłem do domu. Wsadziłem zakupy do lodówki oraz mięso Sarabi do piwnicy. Prócz dzisiejszej porcji, którą rzuciłem jej. Tygrysica od razu siadła do kolacji. Ja zrobiłem sobie paelle. Jedna porcja dla jednego Faceta.
Po zjedzeniu poszedłem się wykapać. Umyłem zęby i położyłem się w swoim łóżku. Przez chwile nie mogłem zasnąć. Gdy po 1h dalej nie było skutku zaśnięcia. Wstałem po tabletki. Sięgnąłem do szuflady w stoliku nocnym i połknąłem jedna tabletkę. Gdy się znów położyłem zasnąłem tym razem. Rano obudziły mnie promyki słońca które wpadały przez okno. Wstałem i poszedłem się ubrać w strój do biegania. Wyszedłem a Sarabi już nie spała.
- To co mała rozgrzewka ? - zapytałem
Wstała i mruknęła. Najpierw rozgrzewałem się przed treningiem. Gy już byłem gotowy pobiegłem z Sarabi do lasu. Przebiegliśmy 3 km razem z powrotem do domu. Zanim poszedłem się umyć dałem Sarabi jedzenie. Potem szybko pod prysznic. Ubrałem się elegancko. Spojrzałem na zegarek. Była około 13. Wyszedłem z domu i zamknąłem go. Wsiadłem do auta i pojechałem w umówione miejsce. Czekałem chwile, ale była punktualnie.
- no no ależ się wystroił - odparła
- Te stare ciuchy ? - uśmiechnąłem się
- to jak idziemy ?- zapytała dziewczyna
- panie przodem- pokazałem ręką.
Oprowadziła mnie po wszystkich miejscach ciekawych w mieście. Zatrzymaliśmy wycieczkę na kawiarni.
- A oto popularna w miasteczku kawiarnia - odparła Lisa
- Jak taka popularna to może skusisz się na małą kawkę lub herbatę?

Lisa? [ Przepraszam że krótko :c]

357 słów

niedziela, 13 stycznia 2019

Od Claudii CD Jerry'ego

Mimo ujemnej temperatury zdecydowaliśmy się iść do domu piechotą, nie mogąc oprzeć się krajobrazowi. Na niebie było tylko kilka niewielkich, białych chmur, zza których wyglądało słońce; a chodniki i drogi były w większości odśnieżone, a we wszystkich innych miejscach leżała masa śniegu. Nie wiem jak Jerry, ale ja tam kocham, kiedy wszędzie leży dużo śniegu, i świeci słońce. Ten śnieg odbijający światło słoneczne, to błękitne niczym latem niebo, radosny śpiew ptaków gdzieś w tle, i co najważniejsze uczucie, jakby życie miało pozostać na zawsze w stu procentach idealne. Jakby wszystko czego się pragnie miało być spełnione... Dobra, stop, bo moje teorie chyba doprowadzą każdego do szału.
Po wyrwaniu się z zamyślań, zerknęłam na Jerry'ego. Tak samo jak ja podziwiał krajobraz, przy czym wyglądał na mocno zamyślonego. Jest taki słodki kiedy myśli... Znaczy, nie żeby coś! Ja tylko przyjacielsko stwierdzam fakty. Chyba... Nie ważne!
Korzystając z tego że Jerry był wyraźnie na czymś skupiony, ostrożnie odsunęłam się i nabrałam śniegu w ręce, po czym ulepiłam kulkę i rzuciłam w ramię chłopaka. Ten błyskawicznie się ocknął.
- O ty! - posłał mi chytry uśmieszek, i schylił się po śnieg. Ze śmiechem rzuciłam się do ucieczki.
Przez resztę drogi do mojego domu biegliśmy tak i rzucaliśmy śnieżkami, a praktycznie wszyscy patrzyli na nas jak na wariatów. Rzecz jasna, oboje nie zwracaliśmy uwagi na spojrzenia innych.
Przy bramce będącej wejściem na moją działkę, źle ustałam i przewróciłam się na śnieg. Jerry biegł w tym czasie tuż za mną, toteż aby nic mi nie zrobić w ostatniej chwili przeskoczył mi nad nogami, obrócił się i wleciał plecami w miękką zaspę. Oboje zaczęliśmy śmiać się w niebogłosy.
- Dobra, może chodźmy już do domu, co? Od tych mokrych ubrań robi mi się zimno. Poza tym mam duże zapasy dobrej herbaty i gorącej czekolady. - po ostatnim wypowiedzianym zdaniu zamachałam brwiami.
- Okej.
Podnieśliśmy się ze śniegu, otrzepaliśmy, i poszliśmy do domu. Wchodząc do środka oboje poczuliśmy falę przyjemnego ciepła. Nie odbyło się też bez usłyszenia radosnego szczekania Lady.
- Cześć śliczna! - zawołałam, a kiedy psina podbiegła i zaczęła z radością kręcić się i skakać wokół mnie podniosłam ją na ręce i przytuliłam. - Tak, moja słodka psinka, tak...
Za plecami usłyszałam cichy chichot przyjaciela.
- Dobra, leć mała. - chwyciłam leżącą nieopodal piłkę suczki i rzuciłam ją do salonu. Psina od razu za nią pobiegła. Odwróciłam się i zerknęłam na bruneta unosząc brew. - A ty nigdy nie widziałeś rodzinnego powitania, hm?
- Widziałem, widziałem. - uniósł ręce w geście obronnym. - Urocze.
- No. - uśmiechnęłam się tryumfalnie, i zdjęłam buty.
Jerry poszedł usiąść do salonu, a ja poszłam się przebrać w suche rzeczy. Gdy wróciłam,wzięłam kilka polan z kosza na drewno i rozpaliłam w kominku. Następnie powiesiłam przy kominku nasze ubrania, i poszłam do kuchni zabrać się za robienie nam gorącej czekolady. Sobie zrobiłam białą, z dużą ilością strasznie słodkiej bitej śmietany, i kawałkami białej czekolady na śmietanie. Dla Jerry'ego zrobiłam bardzo słodką czekoladę mleczną z pianką marshmallow na wierzchu. Obie czekolady postawiłam na talerzyki i położyłam obok nich cienkie, lukrowane pierniczki w kształcie serc. Sobie wzięłam też długą łyżeczkę do śmietanki. Wyjęłam z szafki miskę, i włożyłam do niej połowę pierników z całej paczki. Wszystko zaniosłam do salonu.
- Twoja ulubiona, no nie? - zapytałam, stawiając przed brunetem jego kubek.
- No tak. - odpowiedział z uśmiechem. - Dzięki.
Siedzieliśmy tak przy kominku, pijąc czekoladę, rozmawiając i jedząc pierniki; podczas gdy Lady i Reina bawiły się jakieś kilka metrów dalej.
Gdy na chwilę przerwaliśmy rozmowę, przypomniało mi się to co zrobiłam dzisiejszej nocy. Odstawiłam kubek na stół, i zakryłam twarz rękoma. Już nawet nie wspomnę o tym, że przypomniałam sobie o tym tak późno... Jak ja mam go teraz, do cholery przeprosić?!
602 słowa
 Jerruś? ♡

sobota, 12 stycznia 2019

Od Lisy CD Ethana

- Pa Daisy! - rzuciłam w kierunku małej dziewczynki, córki pani Adler, a jednocześnie mojej podopiecznej. Za mną kolejny dzień pracy, spędzony na zabawie lalkami, sprzątaniu zabawek i podgrzewaniu posiłków. Pani Adler była dziś w pracy nieco dłużej niż zapowiadała, więc chcąc czy nie nie mogłam zostawić pięciolatki samej, przez co teraz musiałam wracać do domu po ciemku. Jak zwykle nie wzięłam auta, dzięki czemu czekał mnie teraz uroczy spacerek po ciemnych zaułkach Elmo. I nawet jeśli pełne gwiazd niebo i śnieg mieniący się w świetle latarni, wyglądają niezwykle romantycznie, to perspektywa bycia napadniętą przez typów spod czarnej gwiazdy nie wydawała mi się zbyt kusząca. Nie oglądając się za siebie, mknęłam ulicami miasta, chcąc jak najszybciej znaleźć się w cieplutkim salonie przed kominkiem. Nagle usłyszałam za sobą jakieś kroki. Niby nic niezwykłego, centrum miasta, normalna godzina, jednak mój mózg zaczął podsyłać mi różne ciemne wizje. Nieświadomie przyśpieszyłam, mając nadzieję, że zgubię nieznajomego. Dyskretnie obejrzałam się za siebie. Zarys człowieka, który szedł za mną, był niebezpiecznie blisko. Bez wątpienia podążał za mną mężczyzna. Kaptur zarzucony na jego głowę i dość postawna budowa (przynajmniej tak mi się wydawało) sprawiała, iż nieznajomy wyglądał na typowego napastnika, gotowego mnie napaść. Intuicja podpowiedziała mi tylko jedno — biegnij. Obcasy kozaków hałasowały, odbijając się, o pokryty cienką warstwą lodu chodnik, jednak nie był to jedyny odgłos, który słyszałam. Tak, napastnik biegł za mną. Z każdą sekundą był coraz bliżej. Delikatnie obejrzałam się za siebie, aby ocenić odległość, gdy nagle z poślizgnęłam się i upadłam na chodnik. Nie miałam szans. Mężczyzna w mgnieniu oka znalazł się tuż obok mnie i ku mojemu zdziwieniu nie wyglądał jak typowy przestępca. Miał raczej przyjazny wyraz twarzy.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. - oznajmił, wyciągając do mnie rękę, aby pomóc mi wstać. Nieco nieufnie chwyciłam za nią i dźwignęłam się do góry. Bardzo chciałam powiedzieć, że nie szkodzi, ale byłoby to raczej niezgodne z prawdą. Obrzuciłam go pełnym nieufności spojrzeniem.
- Wybaczam. - bąknęłam, spuszczając wzrok.
- Wiem, jak to wyglądało, ale ja chciałem tylko... - zaczął, lecz przerwał, szukając czegoś w kieszeni kurtki. - ... to. - dokończył, podając mi moje rękawiczki. - Wypadły ci, a ja chciałem je oddać. - wyjaśnił, posyłając mi nerwowy uśmiech. Chwyciłam zgubę, po czym wybuchnęłam śmiechem. Nieznajomy spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Tyle zachodu o marne rękawiczki. A ja głupia myślałam, że chcesz mnie napaść i zgwałcić. - powiedziałam. - Przepraszam, z bliska nie wyglądasz na zboczeńca. - dodałam, dopiero po chwili orientując się, jak głupio to zabrzmiało. - To znaczy... No wiesz... - zaczęłam, nerwowo chichocząc.

405 słów
Ethan?

Od Ethana

Przeprowadziłem się do Chatki na Wodzie. Uwielbiałem jeziora więc pasowało mi to. Nikogo z Watahy jeszcze nie znałem. Bałem się najgorszego, że nie wpasuje się. Wybrałem swoją sypialnie była mała. Po rozpakowaniu rzeczy do szafy zszedłem po schodach na dół. Rozejrzałem się po kuchni i salonie. Po chwili usłyszałem jęki. Spojrzałem na zewnątrz. Była to Sarabi. Moja ukochana tygryska. Wyszedłem do niej na dwór.
- Wiesz że nie mogę cie wpuścić - odparłem głaszcząc się
Spojrzała na mnie swoimi dużymi pięknymi oczami. Chodź była urocza nie mogłem jej wpuścić. Mogła by coś zepsuć. Musiała zostać na dworze.
- Tu masz świeże powietrze i dużo przestrzeni na pewno ci się spodoba okolica- odparłem- tylko za daleko nie odchodź.
Popatrzyła w stronę lasu potem na mnie. Uśmiechnąłem się i zabrałem ją na spacer. Szliśmy wzdłuż ścieżki w lesie. Była piękna pogoda. Słońce prześwitywało przez świerki zostawiając na ziemi lekkie promyki słońca. Nagle Sarabi popędziła do przodu. Zacząłem biec za nią. Nie wiedziałem co usłyszała. Nagle zobaczyłem most. Malutki mostek nad biegnącą pod nim strumykiem. Sarabi od razu napiła się wody i weszła po swojemu oczywiście na most. Usiadłem na moście i wsłuchiwałem się w szum wody. Trudno było się skupić jak obok ciebie wariuje duży tygrys. Po paru godzinach zasnąłem w pozycji siedzącej. Obudziła mnie Sarabi która postanowiła wylizać mi twarz. Zobaczyłem że słońce już zachodzi. Wstałem więc i razem z Sarabi wróciliśmy do domu. Ona musiała zostać na zewnątrz. Ja wszedłem do domu i wyciągnąłem się.
-Jutro ciężki dzień - spojrzałem do lodówki - będę musiał zrobić zakupy oraz kupić jedzenie dla Sarabi.
Poszedłem się umyć. Później od razu wskoczyłem do łózka. Zasnąłem momentalnie. Rano obudził mnie budzik o 6.30. Wstałem ubrałem strój roboczy. To był mój pierwszy dzień w pracy jako ochroniarz. Wyszedłem i wsiadłem do auta, które stało przed domem. Sarabi jeszcze spała. Odpaliłem auto i ruszyłem do miasta. Znalazłem miasto łatwo ale teraz szukać gdzie jest klub. Gdy znalazłem ,zaparkowałem z tyłu klubu i poszedłem do właściciela. Porozmawiałem z nim i od razu szykowałem się do pracy. Skończyłem około 17 godziny. Gdy zamykano już klub. Poszedłem od razu do sklepu spożywczego by kupić coś dla mnie. Potem zaniosłem to do auta i tym razem poszedłem do mięsnego. Kupiłem dużo mięsa. Które zmieściło się jakimś cudem w bagażniku. Zamknąłem auto i postanowiłem się przejść po mieście.

Ktoś?

384 słowa

środa, 9 stycznia 2019

Od Austina CD Naomi

         W duszy sam byłem sobą zaskoczony, że ja potrafię się kłócić z tak ważną dla mnie osobą, lecz nie potrafiłem tego opanować. Ze słowa na słowo mój gniew coraz bardziej narastał, aż w pewnym momencie odepchnąłem od siebie ciemnowłosą. Popadłem w szał, który spowodował rozpętanie się istnej wojny na wyzwiska i niemiłe słowa, których w życiu bym jej nie powiedział. Już wtedy czułem, że zażycie tego stymulanta będę żałował. Kobieta w pewnym momencie opuściła mój pokój rzucając w moją stronę kolejne niemiłe teksty, na co odpowiadałem jej tym samym. Resztkami logicznego myślenia zamknąłem drzwi na klucz i postanowiłem już nic więcej nie mówić, ani nie robić żadnych głupot. Dłonie zaczęły się trząść, oddech robił się ciężki, zaś w głowie powstała niezła karuzela. Doszedłem do mojego łóżka, na którym położyłem się niczym podchmielony człowiek, a następnie zasnąłem bądź też utraciłem nieświadomie przytomność.
   Obudził mnie mocno nieprzyjemny chłód, który prawdopodobnie wydobywał się z uchylonego okna, lecz nie pamiętam, żebym któreś z nich otwierał. Odruchowo przetarłem twarz również chłodnymi dłońmi, lecz szybko wybudził mnie fakt, że nadal miałem na sobie ciemne ubrania, przy łóżku stoi broń, druga leży na biurku i nieźle nawyzywałem się z Naomi. Podniosłem się do siadu z ciężkim westchnięciem i zatrzymałem spojrzenie na osobie siedzącej przy wcześniej wspomnianym stole.
- Ostrzegałam, Jones - odparła kobieta, którą okazała się być Anna - Chociaż.. może gdybyś nie brał stymulanta, nie doszłoby do takiej afery - dodała odwracając na mnie, mrożący krew w żyłach, wzrok.
- Nie, wiedziałem, że tak to się potoczy.. - mruknąłem rozglądając się po pokoju - Z resztą skąd wiesz i gdzie są bronie? - spytałem powoli dochodząc do siebie.
- Jesteś po wielu szkoleniach i Ty nie wiedziałeś, że tak to się potoczy? - posłała złowrogi uśmiech - Ty to jesteś jednak debil, dupek i zawzięty buc - syknęła na swój spokojny sposób.
- Nasłuchałem się już tego.. Mów skąd o tym wszystkim wiesz. - zatrzymałem na nie wzrok.
- Mam swoje źródła informacji, zaś broń odwiozłam tam, skąd pożyczałeś - odpowiedziała wstając z obrotowego krzesła - A teraz szukaj sobie nowego domu. Lepiej żebyś nie sprawiał jej już więcej przykrości - dodała zakładając swój płaszcz na siebie, po czym wyszła bez słowa.
Miałem tak bardzo mieszane uczucia w sobie, że nie wiedziałem za co się najpierw zabrać. Czas jednak nie lubił stać w miejscu i pomimo, że czułem jakby minęło dopiero pół godziny, zleciało dobre drugie tyle, przez co na zegarku wyskoczyła dziewiąta rano. Wziąłem więc szybki prysznic i spakowałem wszystkie swoje rzeczy do walizek. W między czasie dostałem wiadomość od Anny z linkiem do kilku domków w Elmo oraz jego okolicy, zaś sam wybór nie należał do trudnych. Padło na White Sakura, domek dość podobny do mojego rodzinnego domu i nawet był w okazjonalnej cenie. Wybrałem numer do właściciela i umówiłem się z nim jeszcze na dzień dzisiejszy. Problem jednak wystąpił podczas pakowania walizek do bawarki, która nie należy do aut rodzinnych. Układanie rzeczy w bagażniku było niczym tetris, lecz po kilku minutach główkowania wszystko było wpakowane do pojazdu. Mniejsze przedmioty odłożyłem na tylnej kanapie, zaś miejsce pasażera pozostawiłem dla Argo. Zdążyłem zjeść ostatni posiłek w tym domostwie i upewniłem się, że w pokoju pozostawiłem ład i porządek, zabierając wszystko to, co zabrałem z rodzinnego domu. Cicho westchnąłem widząc zamknięte drzwi pokoju Naomi, lecz wiedziałem, że jej tam nie ma.. tak samo jak nie ma we mnie odwagi, by teraz tak o do niej podejść i przeprosić. Nie chcę jej już ranić, więc postanowiłem opuścić Zimowy Poranek. Stanąłem przed tablicą korkową zamieszczoną w kuchni i wykreśliłem siebie z zamieszkałych tutaj lokatorów. Zabrałem ze sobą towarzysza i opuściłem teren obecnej posiadłości. Czy było mi to ciężko uczynić? Nie. Zrobiłem to dla dobra oraz bezpieczeństwa Naomi.. Ja ją kocham, tylko szkoda, że zrobiłem z siebie idiotę.
   Po podpisaniu umowy odnośnie domku White Sakura, dostałem klucze oraz ważne dokumenty posiadłości. Zrobiłem też częściowy przelew na konto sprzedającego i uzupełniłem wszystkie ważne informacje w tutejszym urzędzie. To jednak zajęło dość dużo czasu i dopiero koło szóstej wieczór mogłem na spokojnie wrócić do nowego domu. Rozpakowałem swoje rzeczy i upewniłem się co do obecnych tutaj zabezpieczeń, żebym rano nie napotkał jakiegoś nieproszonego gościa. Lecz to nie wszystko na dzisiaj, gdyż miałem w planach odebrać motocykl z rodzinnego domu. W końcu mam własny garaż, więc i taka maszyna może tam stać. Jako, że bawarka nie posiada haku, musiałem prosić o pomoc Victora, który z przyjemnością przyjechał pod dom. Wie, że mnie sprzedał, więc teraz będzie chciał rozgrzeszenia.
- Wiesz, gdzie jechać - mruknąłem zapinając pas w aucie.
- Aż tak źle? - spytał niepewnie i ruszył w drogę.
- Źle? Wyobraź sobie, że nie mam z nią już żadnego kontaktu - odpowiedziałem patrząc przed siebie - Jak mogłeś sprzedać im informację o mnie?
- Wiesz, że Anna ma swoje sposoby. Potrafi zmanipulować człowieka i dostać to, czego chce - odparł mężczyzna - Z resztą ona sama w policji siedzi i wiedziała od początku, że nie ma żadnych szkoleń - dodał tłumacząc się.
Odpowiedziałem mu cichym westchnięciem i w sumie przez resztę drogi słuchaliśmy muzyki z radia. Ja nie miałem ochoty na rozmowy, zaś Victor po prostu stał się bardziej zamknięty po śmierci swojej niedoszłej żony. Nie dziwię mu się i nawet go rozumiem.
Droga powrotna minęła znacznie lepiej, gdyż nawinęły nam się jakieś chore rematy do rozmów. Pomijaliśmy całkiem temat kobiet i prowadziliśmy dziwne rozkminy, czemu jest tak, a nie inaczej. Czasami jednak myślałem, co obecnie dzieje się z Naomi. Czy jest bezpieczna? Czy dobrze się czuje? Nie raz miałem ochotę do niej zadzwonić, lecz wiadomo, że nawet by nie odebrała.
Będąc już w domu, ostawiłem maszynę na odpowiedni stojak i postanowiłem przynajmniej raz wyspać się do pracy. Zjadłem coś lekkiego, a po prysznicu od razu skierowałem się do sypialni. Szybko udało mi się zasnąć, co było raczej dobrym znakiem.
   Następnego dnia, będąc w pracy, spotkałem się z Anną podczas kilku minutowej przerwy na posiłek. Nie była ze mnie zadowolona ani dumna, lecz na pewno jest jej lżej wiedząc, że morderca naszych rodziców nie żyje, zaś ja czułem, że to nie koniec problemów z mafią.
- Jak nowy dom? - spytała brunetka popijając ciepłą kawę, która siedziała naprzeciwko mnie.
- Trudno przywyknąć do pustych pokoi i braku pięter - odpowiedziałem bawiąc się pustym kubkiem po herbacie - Lecz jest znacznie wygodniej i więcej miejsca do życia - dodałem lekko wzdychając.
- I duży garaż, który przekonał Ciebie do zakupu.
- Zdecydowanie - zaśmiałem się krótko, lecz uśmiech szybko zniknął.
- Nadal o niej myślisz.. - mruknęła kobieta i oparła się łokciami o stół przybliżając się do mnie.
- Nie zapomnę o niej. Nie potrafię - zerknąłem na siostrę - Czuję się źle z tym wszystkim..
- Spotkaj się z nią - rzuciła szybko.
- Żeby znów się pokłócić? Nie chce jej znów krzywdzić.. - opuściłem wzrok na papierowy kubek.
- Lecz tym razem nie jesteś po stymulancie - szepnęła próbując przekonać mnie do spotkania.
- Wiem i lepiej, żeby teraz nie wiedziała - wróciłem spojrzeniem na brunetkę - Jak będziesz z nią rozmawiać, nie mów jej tego.. Wolałbym z czasem sam jej to powiedzieć.
- Nic na ten temat jej nie powiem, a wiesz, że potrafię opowiadać wymijająco - posłała mi miły uśmiech i zerknęła na zegarek.
- Dzięki - odwzajemniłem gest - Teraz chyba czas zająć się pracą.. - dodałem widząc zaledwie kilka minut do zakończenia przerwy.
- Racja, idziemy - rzekła wstając i razem opuściliśmy pseudo stołówkę.
   Dni mijały i każdy wyglądał tak samo. Pracę kończyło często późnym popołudniem lub nawet wieczorem, gdy sprawa tego wymagała, zaś w domu bywałem tylko w nocy, gdyż resztę dnia spędzałem na siłowni lub na placu szkoleniowym z Argo. Lecz w głowie miałam pełno pytań odnośnie Naomi, o którą nadal się martwiłem. Dość często się zdarzało, że w nerwach niszczyłem jakiś mebel, który oczywiście później naprawiałem lub wymieniałem, a na siłowni uszkadzałem worek treningowy, byleby nie wyżywać się na drugim człowieku. Nie tak wyobrażałem sobie życie.. Los jednak pokazał mi światełko nadziei i jakieś dwa tygodnie po przeprowadzce, zająłem się motocyklem, gdyż akurat wtedy przypadał mi dzień wolny. Pomimo zimy, pogoda od rana wyglądała na typowo wiosenną, co znacznie zachęciło mnie do pracy w garażu. Zrobiłem generalny przegląd jednośladu i jedyne co było do wymiany, to wszelkie ogumienia oraz uszczelki. Sama robocizna potrwała od dwóch do trzech godzin, więc wyrobiłem się z tym jeszcze przed południem. Zalałem benzynę do baku oraz uzupełniłem wszelkie płyny, po czym odpaliłem maszynę. Pracowała bezbłędnie i przyjemnie wkręcała się na wyższe obroty. Wtem zerknąłem na pogodę za oknem i grzechem byłoby nie przetestowanie motocyklu. Wróciłem się do garderoby i ubrałem ocieplany strój dostosowany do jazdy na jednośladach, tym bardziej w takich warunkach. Chwyciłem za czarny kask z równie czarnym wizjerem oraz rękawice, po czym wróciłem się do garażu. Zasiadłem za kierownicą maszyny i przygotowałem się do jazdy. Czując pracujący silnik pod sobą, przypomniałem sobie lata młodości, gdy to jeździłem na motorynce lub nawet małym motocyklu (minibike). Gdy byłem gotów, wyjechałem z garażu i poprzez pilot zamknąłem jego bramę. Faktycznie, nie było z ciepło, lecz przypływ adrenaliny zaczął z lekka mnie ogrzewać. Było przed południem, więc drogi były w większości spokojne, lecz czas było wyjechać po za miasto. Tam nie oszczędzałem maszyny i wyciągałem z niej jak najwięcej, co powodowało uśmiech na mojej twarzy.. oraz chłód na moim ciele. Po pewnym czasie skierowałem się do miasta i znacznie zmniejszyłem prędkość, aby nie wpaść zaraz na tył jakiegoś pojazdu. Dojeżdżając do centrum zatrzymałem się na czerwonym świetle, tak jak kilka aut za mną czy też naprzeciwko mnie. Wiedząc, że trochę sobie poczekam, wrzuciłem na bieg neutralny, oparłem się nogą o asfalt i wyprostowałem się, chcąc poczuć ulgę w plecach oraz rękach, gdyż podczas jazdy bywam lekko pochylony do przodu. Myślałem, że nic mnie dzisiaj nie zaskoczy, lecz byłem w błędzie. W tym samym momencie, przede mną, przechodziła Naomi.. nadal tak samo piękna i zabójcza jednocześnie. Ciągle trzymałem na niej wzrok, a dzięki ciemnemu wizjerowi, kobieta nie miała opcji rozpoznania mnie. Moje serce przyspieszyło, a w duszy miałem bardzo mieszane uczucie. Z jednej strony nerwy, z drugiej żal do samego siebie. Gdy ciemnowłosa zerknęła w moim kierunku, chciałem zniknąć, by nie sprawić jej przykrości, lecz to niemożliwe. Miałem jednak nadzieję, że nie rozpoznała mnie.. choć w sumie nie miała jak. Odprowadziłem ją wzrokiem na drugą stronę ulicy i pożegnałem krótkim uśmiechem, a widząc czerwone światło dla pieszych, przygotowałem się do ruszenia. Chciałem się odstresować i mając przed sobą długą prostą, ruszyłem z miejsca dość szybko i tak samo zniknąłem w obecnego skrzyżowania, zaś po kolejnej pół godzinie wróciłem dopiero do domu.

Naomi? 
1700 słów

Od Jimina CD Andrewa

Leżąc tak koło mężczyzny i zastanawiając się nad nagłą zmianą charakteru Andrewa przez moją głowę przebiegało dość sporo myśli. Zresztą... Nie oszukujmy się - dzisiaj też nie byłem stuprocentowym sobą co łatwo było zauważyć. Chyba po prostu potrzebowałem odrobiny czułości. Do tego w tym momencie szatyn niezwykle przypominał mi mojego byłego, za którym szalałem i szaleję do tej pory. Cóż a ironia...
 - Ojca? Nie wspominałeś nic o ojcu... - mruknąłem będąc już odprężony i zataczając różnorakie kształty palcem na klatce piersiowej mężczyzny.
Tak, dalej byliśmy prawie, że nadzy.
 - To bardzo długa historia...
 - Możesz opowiedzieć... Em... Jeśli chcesz... - Powiedziałem nieco skrępowany.
 - Po prostu zostawił moją matkę, gdy dowiedział się, że była ze mną w ciąży, w sumie nigdy go nie widziałem na oczy... Nie wiem jak wygląda, kim jest, czym się zajmuje...
 - I to jest ta długa historia? - Uniosłem brew do góry i roześmiałem się chwilowo za co dostałem kuksańca w bok. - Już, dobra, przestaję. - Odchrząknąłem.
 - Tak to jest ta długa historia. - Bąknął naburmuszony chyba nieco żałując że się nią ze mną podzielił.
W geście przeprosin obdarzyłem jego szczękę motylimi pocałunkami i powoli przeniosłem się na jego szyję robiąc to samo. Ten tylko mruknął cicho zadowolony i przymknął powieki głośno wzdychając.
 - Może... Powinieneś z nim pogadać? Poznać go? Może nie jest taki zły jak się wydaje... Może miał swoje powody?
 - Co ty możesz o tym wiedzieć, miałeś normalną rodzinę. - sarknął.
 - Em... Nie do końca, ale tę rozmowę zostawimy na kiedy indziej, zresztą pewnie cię to nie interesuje... W każdym razie, zadzwoń do niego i spotkaj się z nim, jak ci się nie spodoba to więcej się nie zobaczycie. - Wzruszyłem ramionami.
 - Nie mam telefonu.
 - Co?! Jak nie masz?
 - Jak do ciebie zadzwoniłem to rozwaliłem go o ścianę.
 - Jak bardzo ułomny jesteś? W życiu nie byłoby mnie stać na takie cudo a ty to od tak sobie psujesz. - Prychnąłem.
 - Na szczęście teraz możesz kupić sobie z dziesięć takich bo twoje konto pęka w szwach. - Cmoknął mnie w usta. - Zbieraj się jedziemy do galerii. - Odparł podnosząc się z łóżka.
 - Co?
 - Potrzebuję telefonu tak? Masz pięć minut bo inaczej jadę sam.
 - Głupek. - Prychnąłem zrywając się z łóżka.
Musiał to być komiczny widok, gdy on jak gdyby nigdy nic siedział sobie na kuchennym krześle, a ja usiłowałem chociaż w miarę się ogarnąć.
~*~*~*~*~*~
Będąc na miejscu nie dość, że kupił sobie najdroższy telefon jaki był na wystawie to odwiedził jeszcze kilka sklepów które ceniły się niezmiernie wysoko. Między innymi nabył nowy garnitur od Armaniego, bo stwierdził że mu brakuje jakiegoś nowego. Namówiłem go by już na miejscu przełożył kartkę ze starego urządzenia i skontaktował się z ojcem. Zasiedliśmy więc w jednej z kawiarenek, gdzie zamówiliśmy po kawie.
 - Halo? - Zaczął rozmowę szatyn. - Przemyślałem to co powiedziałeś, przepraszam za moją reakcję. Nie, to wcale nie było przyjemne. Obiad? Rodzinny? Po co tam ja? Będę o 16... Mam... Kogoś zabrać? - Spojrzał na mnie wymownym spojrzeniem. - Tylko wiesz... Ja... Hm, mam chłopaka. Oh, jak miło. Prześlij  mi dokładny adres, zjawimy się w sobotę. - Cała ta rozmowa była niezwykle sztywna i szorstka co mnie w sumie nie zdziwiło.
 - Masz chłopaka? Nigdy o nim nie wspominałeś... - Bąknąłem bez namysłu.
 - Będziesz udawać mojego chłopaka w sobotę debilu. Przecież nie pójdę z jakąś nieznajomą laską. - Puknął się w czoło, a ja teatralnie wywróciłem oczami. - Nie planuj sobie nic na sobotę.
 - Ale... Impreza...
 - Płacę podwójną stawkę.
 - Stoi. - Uśmiechnąłem się niczym rasowy zboczeniec.

Andrew?
Słowa: 554

Ethan Rayn!

Imię: Ethan Rayn
Nazwisko: Evans
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 25
Data urodzenia: 05.04.1994r.
Orientacja: Heteroseksualny
Głos: Måns Zelmerlöw - Heroes
Profesja: Jest Ochroniarzem, byłym Komandosem.
Miejsce zamieszkania: Chatka Na Wodzie
Charakter: Ethan jest przyjaznym facetem. Nigdy nie wtrąca się w cudze sprawy. Umie bardzo dobrze przekonywać. Lubi się śmiać i jeść na mieście niż w domu. Jest bardzo dobrym przyjacielem, który nie skrzywdzi i nie zdradzi przy pierwszej okazji. Lubi się zaprzyjaźniać i poznawać nowe osoby. Nigdy nie wyjawia tajemnic swoich i powierzonych mu, choćby go torturowali nie powie. Jest bardzo odważny jak i pomocny. Jest on odpowiedzialnym mężczyzną. Nie boi się wyzwań, które stawia przed nim życie. Nie raz pokazało mu jakie jest bezlitosne i okrutne. Po każdej porażce staje się silniejszy. Bez względu na wszystko, dotrzyma danej obietnicy. Jeśli już coś komuś obieca to ta osoba może czuć się zaszczycona. Nie robi tego dla wszystkich. Jeśli coś sobie postanowi to, to zrobi prędzej czy później. Jest rozważny i nie działa pochopnie. Jest typem romantyka i wie jak należy traktować kobiety. Nauczył się jak sprawnie maskować wszystkie swoje emocje. Jeśli przywdzieje swoją "maskę" nikt nie jest w stanie powiedzieć jakie emocje nim władają. Dość skryty, nie mówi za dużo o swojej przeszłości, nie lubi tego. Jest bardzo rodzinny z czego uwielbia dzieci.
Nigdy nie udaje śmiechu czy uśmiechu. Zawsze jest to szczery wyraz twarzy. Nie lubi bardzo dużych grup ludzi, źle się wtedy odnajduje. Nie lubi śpiewać, bo mu to nie wychodzi. Bardzo dobrze umie sztuki walki. Jedyny taniec który mu wychodzi to towarzyski. Zwierzęta kocha, najbardziej swojego pupila którego uratował przed przemytnikami 1 rok temu. Czasem bywa poważny. Alkohol, pije go tylko na imprezach czy z przyjaciółmi. Uwielbia gry planszowe jak i automaty z grami tak jak za dawnych czasów, Nie znosi za to tych nowoczesnych gier na komputer i na x-boxa i inne. Kocha białą i gorzką czekoladę . Uwielbia gotować i zna wiele potraw z rożnych krajów takich jak Hiszpania, Portugalia, Japonia, Włochy. Lubi do kolacji wypić lampkę wina, to pomaga mu spokojnie spać bez koszmarów. Bierze leki na sen, jak i na swoja chorobę, o której nikomu nie mówi. Nie umie rysować jak i malować, ale za to kocha sztukę i rzeźby. Lubi chodzić do muzeum. Kocha przyrodę, dlatego często bywa w parku. Lubi pływać, ale nie w basenie tylko w jeziorze bądź morzu. Kocha nurkować. Od czasu do czasu chodzi do lunaparku, by oderwać się od rzeczywistości. Jest bardzo inteligentny i ma dobrą pamięć.
Zainteresowania: Ethan kocha czytać książki. Jest wręcz molem książkowym. Niedawno pokochał gotować różne kuchnie świata. Umie parę języków: Hiszpański, Francuski, Angielski. Również potrafi bardzo dobrze sztuki walki. Świetnie włada bronią palną jak i białą. Lubi klasyki, czy to samochody czy to meble.
Aparycja: Rayn jest brunetem o zielonych oczach. Ma delikatną cerę. Jest szczupły i lekko umięśniony. Mierzy sobie 189 wzrostu. Na prawej ręce ma bliznę wypaloną.
Wygląd: Ethan po przemianie jest bardzo duży. Można zauważyć że jak na wilka jest wyrośnięty. Możliwe że to przez geny. Przerasta największego wilka w historii o całe 8 cm. Ma czarne futro, które jest szorstkie w dotyku, ma dość spore łapy i ostre pazury. Jego oczy mają kolor złocisty. W nocy wydaje się jakby były krwawe.
Rodzina: 
*Ciotka Mirana Ghilan
* Kuzynkę Emily Ghilan
* Rodzice zmarli w wypadku
Partner: Ethan sam nie wie czy jest gotów na związek.
Historia: Rayn urodził się na Alasce w miasteczku Fairbanks. Dorastał tam w domu z rodzicami. Był jedynakiem. Uczył się bardzo dobrze. Gdy miał 16 lat było już zauważyć, że jest inteligentniejszy od dzieci ze swojej klasy. Miał same dobre stopnie. Niestety gdy rodzice jechali w delegacje wydarzył się wypadek. Wpadli w poślizg i wypadli za barierkę. Ojciec zmarł na miejscu, matka w szpitalu. Ethan załamał się. Przygarnęła go wtedy pod skrzydła ciotka Mirana. Mieszkała koło Queen Maud Gulf Bird Sanctuary. Miała córkę Emily. Dobrze się z nią dogadywał chociaż była młodsza. Zawsze jej pomagał. Chodzili się bawić po szkole.Gdy Rayn skończył 18 lat ich dom odwiedził Pułkownik Marynarki Wojskowej. Zaproponował szkolenie oraz później prace jako komandos. Na początku ciotka się nie zgadzała ale Ethan sam musiał zadecydować i postanowił odciążyć ciocie i pójść na szkolenie. Przez lata służył ojczyźnie. Jeździł wspierać inne kraje. Niedawno jakieś pół roku temu. Wojsko oznajmiło, że na razie nie będzie wysyłać żołnierzy do innych krajów. Rayn miał wybrać, albo iść na odpoczynek, albo robić nudne rzeczy w siedzibie. Wybrał to pierwsze. Pułkownik, że znał go dobrze znalazł mu dom w Elmo. Ethan przeprowadził się tam i osiedlił. Niedawno też zrobił badania i okazało się, że jest chory. Bierze więc leki. Także dowiedział się o tutejszej Watasze.
Ciekawostki:
* Ma 2 pojazdy. Jeden z nich to niejaki Dodge Charger z 1969r. Drugi zaś Harley XR1200X
* Ma pozwolenie na broń więc i tu nie żałował. Zawartość jego kolekcji:
Inne zdjęcia: