Strony

sobota, 30 czerwca 2018

Podsumowanie czerwca!

Witajcie kochani! Nadszedł czas na podliczenie wszystkich punktów zdobytych przez Wasze postacie w tym miesiącu. Przypominam także, że za zwykłe opowiadanie zawierające minimum 200 słów, każdy otrzymuje 5 L, za opowiadanie składające się z 800 przysługuje 10 L, zaś teksty przekraczające 1000 słów będą nagradzane 20 L. Nie przedłużając, tak przedstawia się czerwiec:

Riley - 70 L
Anaria - 30 L
Anastasia - czas na napisanie opowiadania do 10 lipca
Bruno - 15 L
Jake - 10 L
Augustus - 5 L
Siergiej - 5 L
Maxine - 15 L
Claudia - 25 L
Genevieve - 25 L
Gabriel - 20 L
Holly - 5 L
Aron - 5 L
Jerry - 10 L
Sebastian - 5 L
Lizzie - 5 L
Alecia - 5 L
Bella - 35 L

W tym miesiącu udało nam się uzbierać aż 52 posty, a biorąc pod uwagę, że blog istnieje zaledwie od 16 czerwca, naprawdę mamy się z czego cieszyć!
Oby tak dalej! :)

~ Administracja ZN

Od Holly do Sebastiana

Zamknęłam za sobą drzwi gabinetu. Westchnęłam, i odwróciłam się, chowając klucz w bezpieczne miejsce.
Przygnębiona zbliżyłam się do swojego błękitnego samochodu, i go otworzyłam. Wsiadłam do środka, ułożyłam torebkę na siedzeniu obok, i ruszyłam.
***
Zatrzymałam samochód na uboczu drogi, i wysiadłam. Zamknęłam samochód, i biegiem ruszyłam w las. Przy drzewie leżał wychudzony, biszkoptowy szczeniaczek. Był brudny, a na łapce miał nawet zaschniętą krew. Cały trząsł się z zimna. Na mój widok skulił się.
- Cichutko maluszku... Nie bój się... - wyszeptałam, powoli wyciągając ku niemu rękę. Szczeniak pozwolił mi się pogłaskać.
Ostrożnie rozwiązałam sznurek, będący na jego szyjce, i go podniosłam.
Wróciłam z nim do samochodu, i ułożyłam na kocyku, na przednim siedzeniu.
***
- Skąd masz tą ścierę? - zapytała Alecia, żując przy tym gumę.
- Znalazłam ją w lesie. - powiedziałam wymijając jej komentarz ze "ścierą", i pogłaskałam pijącą suczkę. - Jutro zawiozę ją do weterynarza. Teraz niech odpocznie.
- Dobra, nie puszczę dziś muzyki na full'a. Niech ściera się ogarnie. - powiedziała, wychodząc z salonu. Udała się do pokoju na górze.
- Spokojnie... Toffie... - uśmiechnęłam się do szczeniaka. - Będziesz dziś spać w salonie.
Po tych słowach zaniosłam szczenię, wraz z ręcznikiem na którym siedziało, do salonu. Nakryłam małą kocykiem, i postawiłam jej miskę z wodą. Na wszelki wypadek położyłam na stoliku kawałek ręcznika papierowego, a na niego kiełbasę.
Wykonałam całą wieczorną rutynę, i wróciłam do małej. Miałam zamia spać dziś na kanapie, aby być blisko niej. Miałam też zamiar jechać z nią jutro do weterynarza, kupić rzeczy potrzebne psu, i ją wykąpać. Póki nie znajdę jej dobrego właściciela, będę się nią zajmować. Nie chcę oddawać jej do schroniska, zwłaszcza, że znalazłam ją przywiązaną do drzewa... Ktoś ją porzucił, więc nie miała miłości... Miałabym ją skazać na to samo?
Moje rozmyślania przerwał dźwięk, sygnalizujący, że do pokoju ktoś wszedł. Odwróciłam głowę, by sprawdzić, kto to. Był to Sebastian.

Sebastianku? :> miałam pomysł to zaczęłam serię x3

Od Bruna CD Genevieve

Rudowłosa zmierzyła mnie pytającym spojrzeniem. W końcu jednak zastąpiła je uśmiechem. Bez słów udała się do pokoju, aby po chwili wrócić z notesem w rękach.
Niepewnie, powoli podała mi go, i usiadła obok mnie. Otworzyłem go... W oko od razu wpadł mi jeden tytuł. Przeczytałem więc tekst piosenki. Wow... Nie wiedziałem, że Gen ma AŻ taki talent...
- Wow, świetne... - uśmiechnąłem się., a następnie skierowałem wzrok na dziewczynę. - Zezwolisz na wypróbowanie?
- Jasne... A kiedy? - powiedziała odwzajemniając uśmiech.
- Teraz! Mamy zespół - ja, ty, i Apap! - zaśmiałem się, wstając z kanapy.
Na twarzy dziewczyny malowało się zdziwienie, jednakże po chwili wraz z szopem poszli za mną.
Wziąłem gitarę, i ustawiłem notes Gen na stoliku.
Zacząłem grać. Początkowo tylko przygrywkę. Po chwili jednak, dołączyłem do tego głos. Zaczynałem cicho, jak to zazwyczaj na początku piosenki. Po jakimś czasue jednak, przeszłem do głośniejszej części. Dołączył do mnie głos Gen, który zmusił mnie do drobnego uśmiechu, oraz pisk Mefedrona.

Genuś? Zua jakość, ale strasznie chciałam ci odpisać :>

Od Claudii CD Jerry'ego

Siedziałam na widowni, na miejscu w pierwszym rzędzie. Mecz był tak zwaną "grą o wszystko", dla dwóch miast, tak więc nie mogłam go opuścić.
Ogłoszono początek meczu. Nasi zaczęli.
Zawodnik z numerem osiem ruszył w przód z piłką, którą dostał od dziewiętnastki. Biegł z nią przez boisko, unikając przeciwników, usiłujących mu ją odebrać. Gdy coraz więcej zawodników przeciwnej drużyny ruszyło ku niemu, podał do piątki. Zawodnik z numerem pięć kozłował piłkę w miejscu, aby ściągnąć do siebie drużynę pomarańczowych. Gdy tamci zmierzali ku niemu, podał do trójki. Trójka błyskawicznie podała do siódemki, a siódemka do dziewiętnastki. I bum! Dziewiętnastka trafiła do kosza! Połowa widowni, łącznie ze mną, podniosła się z okrzykiem entuzjazmu. Dziewiętnastka odwróciła sję do widowni, uśmiechając się, i machając ręką.
Ale zaraz, zaraz... To przecierz Jerry! No nie wierzę... Jak super!
***
Krzyczałam chyba najgłośniej z całej widowni. Cóż, tak to jest jak się ma mocny glos... Ale wracając do tematu; nasi wygrali!
Po ogłoszeniu wyniku, pognałam z widowni jako pierwsza, aby pogratulować naszym, którzy to zeszli się przebrać i umyć już wcześniej.
Zastałam całą drużynę stojącą przed szatnią. Podbiegłam do nich, i rzuciłam się Jerry'emu na szyję.
- No gratuluję! - powiedziałam głośno, odrywając się od przyjaciela. - Trzeba to uczcić!

Jerry? Camzia szaleje 8))

Od Maxine CD Anarii

 - Ale na pewno? - spytałam po raz setny Anarii i przytuliłam ją na pocieszenie.
 - Tak, spokojnie Maxi... To tylko... Tęsknię za Larrym. - Posłała mi smutny uśmiech.
 - Na pewno niedługo wróci. A wtedy będziecie szczęśliwi. - Pogładziłam ją po plecach.
 - Dziękuję Max...
 - Nie ma sprawy. Od tego ma się przyjaciół!
Większość tego dnia minęła nam raczej spokojnie. Obejrzałyśmy kilka filmów, które nieco poprawiły humor mojej przyjaciółce.
Od dłuższego czasu myślałam nad pewną opcją. Przypuszczam, że spodobałaby się Anarii... Mimo to rozważałam jeszcze wszystkie ,,za" i ,,przeciw" przy okazji podbierając trochę popcornu z miski dziewczyny.
 - An?
 - Hmm?
 - Mam pewien pomysł. - Spojrzałam na nią z wyczekiwaniem.
 - Jaki?
 - Co ty na to, żeby pójść na imprezę? W klubie, gdzie pracuje mam jutro wolne... I przy okazji mogłabym załatwić nam wejściówki za darmo! - Wypięłam dumnie pierś.
Wiedziałam, że Anaria wręcz uwielbiała Shakire. Uśmiechnęłam się więc pod nosem.
 - A wiesz co jest najlepsze? - Spytałam się z entuzjazem.
 - No?
 - ZAKUPYYYYY! - Wykrzyknęłam i rzuciłam jej się na szyję.
Ona tylko zaśmiała się pod nosemy i chyba podzieliła mój entuzjazm również podnosząc kąciki ust.
 - W takim razie... Jutro po południu idziemy na zakupy! - odparła już z większą radością.
 - A później ładnie się umalujemy i przygotujemy na imprezę! Co ty na to?

Anaria? xD

Od Jake'a CD Belli

- Spokojnie, usiądziemy sobie i wypijemy. - zaśmiałem się.
Weszliśmy do kawiarni i zajęliśmy miejsca przy dwuosobowym stoliku. Ze względu na to, że Bella nie pamiętała co lubi, zamówiliśmy jej to, co brzmiało dla niej najbardziej przekonująco - espresso. Ja wybrałem macchhiato. Po niedługim czasie  przyniesiono nam kawy.
Bella patrzyła na napój, czekając aż wystygnie. Jej oczy były jakieś inne niż kiedyś... było w nich widać swego rodzaju przygnębienie - nie była smutna, tylko najzwyczajniej zagubiona. Postanowiłem jednak to przemilczeć, gdyż nie chciałem za bardzo jej się narzucać.
Bella uniosła kubek, i napiła się nieco kawy. Skrzywiła się, i przypadkowo zamachnęła się kubkiem, przez co cała jego zawartość wylała się... na mnie, a dokładniej na górną część ubrania - koszulę i t-shirt. Zacisnąłem zęby, czując parzenie na klatce piersiowej i brzuchu. Bella skrzywiła się z niesmakiem na ten widok.
- Przepraszam... - mruknęła.
- Nic się nie stało... Poczekaj tu tylko, pójdę kupić nowe ubranie.
Po tych słowach wyszedłem z kawiarni, aby udać się so sklepu z ubraniami obok.
Gdy tam dotarłem, zacząłem w pośpiechu szukać jakiegos białego t-shirtu, i granatowej koszuli w kratkę. Po jakimś czasie znalazłem biał t-shirt z czarnym logiem gucci, i granatową koszulę w kratę. Wyszukałem odpowiedni rozmiar, i udałem się do kasy by zapłacić. Poprosiłem o obcięcie metek, abym mógł od razu to założyć.
***
- Już jestem! - uśmiechnąłem się.

Bellełełeł? :>

Od Lizzie CD Riley

- Koniec! - warknęłam, sprzedając mocnego plaskacza Mauric'owi. - Dotarło?!
- Lizzie, przestań... - powiedział, po raz kolejny próbując złapać mnie za rękę.
Uderzyłam jego rękę, odsuwając się kilka kroków. Nie byłam ani trochę smutna, za to, co zrobił. Byłam wściekła. Kolejny d*pek, któremu dałam niepotrzebnie szansę. Fakt, że nigdy ani trochę go nie kochałam, i nie obdarzałam czułością... Ale to nie powód, żeby lizać się z jakąś laską przy klubie. Miał szansę ode mnie, tak samo, jak poprzednicy, i ją zmarnował.
- Dosyć, ok?! Mam cię gdzieś, typie! - po tych słowach odwróciłam się na pięcie, i szybkim krokiem odeszłam.
***
Wsiadłam do autobusu, wsłuchana w muzykę płynącą ze słuchawek. Ostatnio wpadła mi w ucho piosenka Can't remember to forget you. Co prawda znam ją od dawna, jednak ostatnio mam na nią fazę... A co dziwniejsze, mam głos idealny do jej śpiewania. Może któregoś dnia nagram jakiś cover? Co prawda grałam ją już na gitarze, i śpiewałam, ale nie próbowałam teho nagrać. Cóż, zobaczy się.
- Cześć Lizzie. - usłyszałam znajomy głos. Uniosłam głowę, by sprawdzić, kto mówi. Była to moja koleżanka - Riley, na której widok lekko się uśmiechnęłam.
- Hej Riley. - odpowiedziałam.
- Mogę się dosiąść? - zapytała czarnowłosa.
- Jasne, siadaj sobie. - powiedziałam, przesuwając się na miejsce przy oknie.
- No... To co tam słychać? - zapytała.
Z mojej twarzy znikł uśmiech, jednak postarałam się odpowiedzieć takim tonem, jakim mówiłam wcześniej.
- Nic ciekawego. - powiedziałam wymijająco. - A jak u ciebie?

Rilu? Oto mister opek xD

piątek, 29 czerwca 2018

Od Belli do Genevieve

Łapa za łapą, niuch wbity w twardą glebę, powoli przemierzałam leśne gęstwiny. Z każdym krokiem woń stawała się coraz to intensywniejsza, napawając mnie nadzieją. Tak, zwierzyna była blisko. Uśmiechnęłam się pod nosem, właściwie bez konkretnego powodu oblizując pysk. Trzeba się będzie w końcu pozbyć tych paskudnych nawyków. Przeskoczywszy spory, częściowo porośnięty warstwą mchu pień starego dębu, znalazłam się na niewielkiej polance. Wszędzie wokół panoszyły się soczyście żółte kwiaty mniszków lekarskich, nadając temu miejscu jeszcze więcej uroku. Nagle wśród wysokich kęp trawy ujawnił się cichy szelest. O, tak! Gdzieś tutaj musi być szarak! Wyszczerzyłam się triumfalnie, powoli zakradając się w stronę rzekomej ofiary. Wykonałam długi, wysoki sus, błyskawicznym ruchem wbijając zwierzę w glebę. Nieoczekiwanie poczułam mocne kopnięcie, wymierzone bezpośrednio w klatkę piersiową i nim zdążyłam ogarnąć, co się dzieje, już wylądowałam na plecach. Mym oczom ukazał się... No właśnie nie wiem kto. Ch*lera. Skądś znałam to spojrzenie, ten głos, ten paskudny chichot rodem z horrorów. Tia, bez wątpienia bardzo się kochaliśmy, kiedy jeszcze miałam na miejscu wszystkie klepki, a mój mózg nie był spaczony strachem przed wszystkim dookoła.
- Bella, cóż za miłe spotkanie. Dawno cię tu nie widziałem - basior zmierzył mnie żądnym krwi spojrzeniem, a wargi jego pyska powoli odchyliły się w tył obnażając rząd żółtawych zębów. Już na sam widok po karku przebiegł mi dreszcz.
- Kto... Ktoś ty...? - wyjąkałam ostrożnie robiąc krok do tyłu, potem drugi, trzeci, czwarty... W kolejnym niestety przeszkodził mi komentarz napastnika.
- Słucham? - uniósł pysk prężąc swe ogromne barki, jakby chciał zrobić na mnie jak jakiekolwiek wrażenie, co raczej średnio mu wyszło, ale to chyba teraz mało istotne - Doprawdy, Bello, zadziwiasz mnie - zmrużył oczy - Ty nędzna... - nie zdołał dokończyć, bo wykonałam wysoki sus odbijając się od jego karku, po czym pognałam co sił w łapach przed siebie. Był blisko. Czułam jego ciężkie kroki, słyszałam oddech za sobą. Zmobilizowało mnie to bym przyspieszyła jeszcze bardziej (o ile to w ogóle było możliwe). Nagle coś szarpnęło mnie za ogon i nim zdarzyłam cokolwiek zrobić, przeturlałam się po glebie z głośnym trzaskiem odbijając się od jednego z drzew. Silny, rwący ból niczym pocisk uderzył w tył mojej głowy, przeszywając niemalże cały kręgosłup. Zaraz! Coś mnie olśniło! Nie wiem jak i dlaczego teraz ale... Pamiętałam! Pamiętałam jego imię!
- Jasper! - zjeżyłam grzbiet szczerząc ostrzegawczo kły.
- Proszę, proszę, panience pamięć wróciła? - mruknął z cynicznym uśmieszkiem, by po chwili znów chwycić mnie zębami, tym razem jednak celując bezpośrednio w szyję. Odwinęłam się wyswabadzając się z morderczego uścisku i z całej siły przygrzmociłam w niego ciałem, przez co samiec na moment stracił równowagę. Ten właśnie moment w zupełności wystarczył, by sturlał się z pagórka prosto do sporej jamy usytuowanej tuż pod nami; jednak nie przewidziałam, że jego paszcza znów zaciśnie się na moim futrze, przez co w efekcie obydwoje wylądowaliśmy w głębokim dole. Wraz z kolejnym upadkiem ból pogłębił się, ale tym razem zaatakował głównie prawą przednią łapę.
- Aj! - syknęłam zaciskając powieki. Próbowałam nią poruszyć, ale wysiłki oczywiście były płonne. No super. Jeszcze utknęłam tutaj z tym piep*zonym kretynem, który na moje szczęście nadal leżał nieprzytomny. Zerknęłam kątem oka na jego klatkę piersiową. Delikatnie unosiła się i opadała. Ścierwo nadal żyje...
Wiedziałam, że nie mam teraz zbyt wiele czasu i jeśli się stąd w miarę szybko nie wydostanę, to za chwilę nie będę mogła już stać na żadnej łapie.
Nagle usłyszałam czyjeś wołanie z góry. Białe światło nieba przysłoniła znajoma sylwetka, znaczy się, kojarzyłam tą waderę, ale imienia jak zwykle nie pamiętałam.
- Max tu ktoś jest! Spokojnie... Zaraz cię wyciągniemy! - echo jej głosu odbiło się od ścian dołu.
- Co się... Bella?! Jak ty się tam znalazłaś?! - po chwili wychylił się także drugi pysk.
- Same nie damy rady jej wyciągnąć! Biegnę po Arona! Czekajcie tu! - rozkazała czarna wilczyca znikając mi z pola widzenia.
- Będzie dobrze! - zawołała ruda wadera. Najwyraźniej chciała mi tym dodać trochę otuchy.
- Kim ty w ogóle jesteś? - spojrzałam na nią podejrzliwie - Znamy się?
To pewnie bardzo głupie pytanie, ale biorąc pod uwagę fakt, iż od czasu, gdy obudziłam się w szpitalu nie pamiętam nawet twarzy własnej matki, ojca, siostry, ani przyjaciół, zwyczajnie wolałam się upewnić, czy byłyśmy sobie bliskie w moim starym życiu.
- Genevieve - odparła spoglądając na mnie ze współczuciem - Max zaraz tu wróci i cię wyciągniemy, zobaczysz.
Pokiwałam głową z niepewnym uśmiechem.
- Problem w tym, że nie jestem tu sama... - zaznaczyłam, słysząc za sobą chrobotliwe kaszlnięcie, po czym mogłam wywnioskować, że napastnik powoli zaczyna się wybudzać. To nie wróżyło nic dobrego...
- O nie... - skuliłam uszy nieudolnie starając się podnieść cztery litery z gleby - Genevieve, co mam robić...? - przełknęłam ślinę, patrząc na wstającego z ziemi basiora. A nie mógł tak później się ocknąć? Co za felerny dzień.
Zbiegłszy na dół, Gen wyskoczyła Jasper'owi naprzeciw - Nie waż się jej tknąć! - warknęła mierząc przeciwnika wzrokiem, a ten uśmiechnął się złośliwie, gotów przypuścić kolejny atak.

Genuś? ^-^

Od Riley CD Anarii

Właściwie to miałam jeszcze grubo ponad dwie godziny do pracy, więc bez chwili wahania odparłam:
- Nie, dziękuję, dopiero zjadłam śniadanie. Ale... Nie obrazisz się, jeśli chwilę tutaj z tobą posiedzę? - popatrzyłam na ciocię z małym zakłopotaniem w oczach. Nie chciałam jej się w żaden sposób narzucać, ani nic z tych rzeczy...
- Nie musisz pytać, siadaj - uśmiechnęła się promiennie, kładąc dłoń na moim ramieniu - Opowiadaj co cię trapi, bo chyba jest jakiś powód skoro tu przyszłaś, prawda?
- N-nie, znaczy się... - już miałam zaprzeczyć, ale Anaria jak zawsze miała rację. Było. Było i to całkiem sporo, ale po co mam jej zawracać głowę swoimi problemami? Ach, dlaczego ciocia tak na mnie działa? Dlaczego zawsze chcę jej wszystko mówić? Dzieciak z ciebie, Riley.
- Tak...? - zerknęła na mnie kątem oka, odciągnąwszy na moment wzrok od falującej tafli wody, połyskującej w świetle wschodzącego słońca, która niczym lustro odbijała przepełnione cudnymi, ciepłymi barwami obłoki. Swoją drogą całkiem ładny mają stąd widoczek. Jeszcze chwila i będę tu wpadać codziennie, męczyć wszystkich zwierzeniami i gapić się na jezioro. Tia, super perspektywa na czas wolnych dni.
- W zasadzie to nic się nie dzieje... - wysiliłam się na delikatny uśmiech, który pewnie i tak wyglądał na potwornie nieszczery - Po prostu tęsknię za rodzicami i Harrym...
- Wiesz, doskonale cię rozumiem - wzrok kobiety znów posmutniał, tak samo jak wtedy gdy zaczęłyśmy rozmowę - Ale musimy żyć dalej, taki los najwyraźniej jest nam pisany i nic na to nie poradzimy. Czas pokarze, czy dane nam będzie jeszcze się spotkać. Nie możemy tracić wiary, pamiętaj o tym.
Przytuliłam się do blondynki, zaplatając palce na jej ramionach.
- Dzięki ciociu - wyszeptałam, powoli podnosząc się z drewnianej posadzki - Wiesz co? Może jednak napiję się herbaty, przy okazji zobaczysz zdjęcia, które zrobiłyśmy ostatnio z Claudią.

Anaria? Tyle tutaj się zdarzyło, że normalnie szok XD

Od Arona CD Maxine

Uśmiechnąłem się słysząc wypowiedź żony. Moi rodzice, oraz Max, także się rozpromienili. Widząc ich ciepłe uśmiechy, wyobraziłem sobie każdego z osobna, w odpowiedniej roli. Widziałem moją mamę, stojącą przy kołyskach i rozmawiającą z dziećmi... Tatę, rozśmieszającego je... No i najważniejsze, a zarazem najmilsze wyobrażenie - Maxi tulącą je w swoich ramionach...
- Wszystko w porządku? - z rozmyślań wyrwał mnie głos matki.
- Tak, tak, wszystko ok... Zamyśliłem się tylko. - powiedziałem uśmiechając się.
***
- Masz już jakieś pomysły na imiona? - zapytałem łapiąc Max za rękę.
- Hope dla dziewczynki, Marco dla chłopca. - uśmiechnęła się. - A ty?
- Ładnie... Ja myślałem nad Meghan dla dziewczynki i Daniel dla chłopca.
- Też ślicznie...
Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu, patrząc sobie w oczy. W końcu jednak oboje postanowiliśmy wrócić do jedzenia kolacji.
Byłem ciekaw, kiedy spełnimy nasze plany... Wiedziałem jednak, że obojętnie ile będziemy mieć dzieci, i obojętnie, czy będą takie, jak nam się widzi, będziemy je kochać. Zostało tylko kluczowe pytanie... Mianowicie - Czy będziemy je mieć?...
***
Obudziłem się wcześnie rano, co nie zdarzało mi się zbyt często. Max jeszcze smacznie spała, tak więc ucałowałem ją w czoło, i wyszedłem do kuchni, aby zrobić śniadanie.
Miałem w planach zrobić herbatę ze świeżej mięty, i naleśniki. Napełniłem więc czajnik wodą, i go włączyłem. Wyjąłem z szafki dwa kubki, które to ustawiłem na blacie. Zerwałem kilka listków mięty, rosnącej w doniczce na parapecie, i wrzuciłem je do kubków. Następnie wyjąłem patelnię, i postawiłem na kuchence. Wyjąłem olej, cukier, mąkę, mleko, i dwa jajka. Wszystko ułożyłem na blacie, tuż obok miski na ciasto.
Dokładnie w momencie, gdy wbiłem drugie jajko do miski, do kuchni weszła uśmiechnięta Maxine. Odwzajemniłem jej uśmiech.

Maxiś? krótkie i nudne, ale jest :>

Od Riley CD Gabriela

Rivershine. Z jednej strony ta wiadomość mnie ucieszyła, ale z drugiej... Jakoś tak dziwnie się poczułam na myśl, że to mógłby być koniec tej całej wycieczki, podczas której (nie oszukujmy się) zdarzyło się całkiem sporo rzeczy, które z pewnością długo będą sobie wędrować w mojej pamięci. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, iż sprawy potoczą się nieco inaczej. No, może i nie wiem jak, ale na pewno inaczej.
- Wiesz, nie licząc tego, że wywiozłeś mnie gdzieś daleko od miasta i wrzuciłeś do jeziora, to jesteś nawet miły... - uśmiechnęłam się, oparłszy głowę o jego ramię, po czym dorzuciłam znacznie ciszej, jednak nie na tyle, by chłopak tego nie usłyszał - Jak na gbura.
- Cała przyjemność po mojej stronie, skrzacie - rzekł, a na jego twarzy malował się lekki uśmiech, który o dziwo wcale nie wyglądał na jakoś specjalnie wysilony, co dawało mi przyjemną satysfakcję, że przynajmniej przestał całkowicie ignorować moje komentarze. W gruncie rzeczy nic do faceta nie miałam. Może i był trochę oschły i mało wylewny w uczuciach, ale po za tym wydawał się nawet w porządku.
Po wielominutowych próbach odpalenia silnika stary Ford w końcu zdecydował się ulec i wedle rozkazu właściciela ruszył z miejsca z głośnym piskiem opon.
- A więc... - mężczyzna zerknął na mnie kątem oka, jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą kładąc w oknie - Gdzie dokładnie chcesz dojechać?
- Dom nosi nazwę Zielonego Zakątka, a znajduje się dokładnie... O, tutaj - przejechałam palcem po pogniecionej już do granic możliwości, niewielkiej karteczce pełniącej tymczasowo rolę mapy, gdzie rozpisane zostały wszystkie uliczki jak i sama droga do owej działki.
- A w lokalizacji w telefonie to już nie możesz pokazać? - mruknął znów przyjmując typowy, wyniosły ton.
- Może, gdyby komórka była wodoodporna... - sięgnąwszy do kieszeni jeansów pomachałam mu przed nosem urządzeniem, z którego wciąż kapały krople wody zmieszane z błotem. W odpowiedzi przewrócił tylko wymownie oczyma.
- Poczekaj, sieroto... - wygrzebał szybko telefon, który oczywiście miał się doskonale w przeciwieństwie do mojego złomu - Wygugluj co trzeba.
~•~●~•~
Około 260 metrów to niby nie tak strasznie dużo, ale w zupełności wystarczyło, by wymordować nasze nogi. Tia, do samego Rivershine i leśnej ścieżyny dojechaliśmy w niecałą godzinę, lecz dojście do tej nieszczęsnej rudery zajęło nam baaaardzo dużo czasu. Na dobrą sprawę Gabriel wcale nie musiał odprowadzać mnie pod sam dom, ale że się uparł żeby mi pomóc z bagażami nie zamierzałam odmawiać (hah, zwłaszcza że nie chciało mi się ciągnąć drugiej walizki). Tak czy owak, miło z jego strony. Tia, miło to będzie póki go znowu czymś nie wkurzę...
- Według lokalizacji jesteśmy prawie na miejscu... - zakomunikował po długotrwałej ciszy Leith, rozglądając się dookoła - Widać już dach - wskazał na kawałek drewnianej belki, który wraz z kolejnymi krokami wyłonił się z gęstwin.
Odetchnęłam cicho, wgniatając w piaszczyste podłoże wypalonego już papierosa.

Gabryś? Troszku nudnawo wyszło :<

Od Jerry'ego CD Claudii

 - Można tak powiedzieć. Ostatnio często tutaj bywam. - bąknąłem bez namysłu.
Chociaż ostatnio większość czasu spędzam w klubach... - dodałem w myślach. Ah, pieprzona podświadomość.
Już miałem otwierać buzię by coś jeszcze dodać, lecz wtedy mój telefon zadzwonił.
 - Przepraszam. - Powiedziałem szybko i odebrałem połączenie od Gabriela.
 - Jerry! Gdzie cię do cholery nosi?! To już któryś dzień z rzędu, kiedy ot tak uciekasz sobie w nocy i nikt nie wie gdzie się podziewasz. Myślisz, że to w porządku względem nas? O tej godzinie kręci się tu od cholery podejrzanych typków. - Podniósł głos.
 - Wybacz, nie chciałem żebyście się martwili... Po prostu... - urwałem.
 - Żadne po prostu, chcę widzieć cię w domu za kilka minut. Czekam. - I właśnie po tym słowie rozłączył się.
Ciche westchnienie opuściło moje usta. Spojrzałem przepraszająco na moją towarzyszkę.
 - Wybacz. Muszę już iść... - mruknąłem. - Odprowadziłbym cię ale dzwonił znajomy i...
 - Jasne, nie musisz się tłumaczyć. - Uśmiechnęła się... smutno? Tak, to chyba dobre określenie.
 - Gdzie mieszkasz? - spytałem.
 - W ,,Po bratersku". Nie wiem czy kojarzysz.
 - Hah, nawet bardziej niż by mogło ci się wydawać. Też tam mieszkam od dzisiaj! - Wypiąłem dumnie pierś i poczułem jakby i ona się rozweseliła. - Chodź, pójdziemy razem. - Puściłem jej oczko i złapałem za jej małą dłoń, ciągnąc w odpowiednią stronę.
W czasie tej wędrówki mój telefon jeszcze kilka razy zadzwonił, lecz skutecznie ignorowałem wszelkie sygnały od Gabriela.
Niedługo po jakichś dziesięciu minutach znajdowaliśmy się już na miejscu. Rozstaliśmy się na głównym korytarzu, a ja napisałem tylko krótkiego sms'a do chłopaka oznajmiając, iż jestem w domu.

***
Następnego dnia cały dzień nie widziałem się z Claudią. Może to dlatego, że z chłopakami cały dzień uparcie ćwiczyliśmy do dzisiejszego turnieju? Koszykówka to była moja druga miłość zaraz po gitarze, którą dostałem na dwunaste urodziny od Max. Taaaak, dalej ją trzymam i przyznam, że dalej działa bez zarzutu! Całe to zamieszanie rozpoczęło się już od dwunastej, więc nie miałem nawet czasu w spokoju zjeść obiadu. Mecz miał zacząć się dokładnie za pięć godzin. Wszyscy przygotowywali się ze swoimi trenerami. Atakujący (w tym ja) rzucali do kosza lub robili wsady, a broniący kosza ćwiczyli wyskoki. Wszystko szło dokładnie po naszej myśli, do tego byliśmy zdecydowanym faworytem w dzisiejszej rozgrywce. 

***
Wybiła godzina siedemnasta, a gwizdek sędziego odbił się echem po wielkiej sali. Ludzi było od groma i niektórzy nie mieścili się nawet na trybunach, więc stali gdzie tylko znalazło wolne się miejsce. Dobra. Najwyższa pora to wygrać! Uśmiechnąłem się do siebie i podałem piłkę mojemu znajomemu z drużyny.

Claudia? Nie chce mi się opisywać przebiegu meczu winc... xD

czwartek, 28 czerwca 2018

Od Gabriela do Jake'a

Czerwony Mustang mknął po szosie w świetle zachodzącego słońca. Pomimo około pięćdziesięciu lat auto trzymało się całkiem dobrze i nie stanowiło dla niego przeszkody osiągnięcie prędkości powyżej 100 kilometrów na godzinę. Droga była praktycznie pusta więc mogłem sobie pozwolić na mały wyścig z własnym cieniem. Na tylnym siedzeniu siedział mój wierny kompan - Hades Opium Leith, de facto mój sześcioletni doberman. Smętnie wyglądał przez okno, opierając się łapami o futerał mojego basu. Chyba nie jest do końca przekonany perspektywą mieszkania w nowym miejscu.
- Nie bój się staruszku. Będzie dobrze! - oznajmiłem do psa, sięgając w międzyczasie okulary przeciwsłoneczne. Hades podniósł uszy i delikatnie zamerdał ogonem. Czasami mam wrażenie, że mój kompan jest mądrzejszy od większości moich znajomych. - To już niedaleko. - dodałem spoglądając na nawigację. W istocie po kilku minutach wjechałem na skraj dość dużego lasku, przy którym stało moje nowe lokum - ogromny drewniany dom, podzielony na poszczególne mieszkania. Przed domem stał srebrno-czarny motocykl marki Mitsubishi, jak mniemam należy on do mojego współlokatora. No właśnie, współlokator! Jeszcze nie miałem wątpliwej przyjemności go poznać. Aktualnie wiedziałem tylko, że ma na imię Jake i ma 18 lat... Nic poza tym. Jestem tylko o siedem lat starszy i co dziwne czuję się dziwnie staro.
- Gabrielu! Jesteś młodym mężczyzną, świat stoi przed tobą otworem! - odezwał się głos w mojej głowie.
- Ta, jasne... - bąknąłem do niego, a raczej do siebie parkując pod domem. Spojrzałem do tyłu na Hadesa. Wyglądał na nieco przestraszonego.
- Teraz albo nigdy Hades, teraz albo nigdy... - uśmiechnąłem się do niego otwierając drzwi samochodu. Powoli wysiadłem, wsłuchując się w skrzypienie swoich zastanych stawów. Czy to już starość? W sumie to trzy godziny jazdy mogłyby to wytłumaczyć. Na tarasie domu siedział młody brunet. Udałem, że go nie widzę, gdy ten ruszył w moją stronę. Otworzyłem tylne drzwi aby wypuścić Hadesa. Pies ospale wyszedł z samochodu siadając obok mnie. W tym czasie chłopak zdążył pokonać dzielący nas dystans i z sztucznym uśmiechem stanął przede mną.
- Witaj! Jestem Jake. Miło cię poznać! - oznajmił wyciągając w moim kierunku rękę. Niechętnie ją uścisnąłem patrząc mu prosto w oczy. Tak, widać było w nich tą "przyjemność" z faktu poznania mnie.
- Miło jak cholera. Jestem Gabriel - burknąłem do niego, nie siląc się na sztuczne uśmieszki ani nic podobnego. - A to jest Hades. - dodałem po chwili wskazując na psa. Jake schylił się żeby pogłaskać mojego towarzysza.
- Jest naprawdę uro.. - zaczął próbując pogłaskać dobermana, ale widząc jego morderczy wzrok i obnażone zęby szybko się wyprostował. - ... dostojny. - wyjaśnił nerwowo chichocząc. Uśmiechnąłem się złośliwie w duszy. Muszę potem wynagrodzić moje Opium za ten piękny pokaz.
- Nie lubi nieznajomych. - wyjaśniłem, po czym w myślach dodałem "a szczególnie takich wygolonych lalusiów".
- Może wejdźmy do domu? Dużo masz walizek? Pomóc w czymś? - spytał chłopak podchodząc do bagażnika mojego auta.
- Poradzę sobie! - oznajmiłem, uprzedzając jego rękę i otwierając bagażnik Mustanga. Co jak co ale Mustang to świętość. Miałem raptem dwie walizki plus bas, więc nie było zbytnio co nosić. Wytargałem walizki i ruszyłem po gitarę.
- Grasz? - spytał chłopak widząc futerał.
- Sporadycznie... - burknąłem, chociaż już miałem powiedzieć "nie wożę dla przyjemności durniu".
- Klasyczna, akustyczna, elektryczna? - dopytywał Jake.
- Bas. - oznajmiłem chwytając walizki i ruszając w stronę domu. - Idziesz, czy będziesz tak stał?
- Idę, idę! - powiedział Jake ruszając za mną.
- Do psa mówiłem... - mruknąłem patrząc na niego jak na idiotę, po czym ruszyłem po schodach.

Jake? Początki tej pięknej znajomości...

Od Anarii CD Riley

Coś zmusiło mnie do tego, aby się położyć. Zmęczenie? Smutek? Nie wiem...
Niebo miało pastelowe, brzoskwiniowo-różowo-niebieskie barwy, a chmury nie było na nim ani jednej. Śpiewy ptaków rozbrzmiewały dookoła, tworząc przy tym idealne warunki do przymknięcia powiek i rozmarzenia się. Zamknęłam więc oczy, biorąc głęboki wdech. Jeden z najpiękniejszych zapachów na świecie, to zapach letniego poranka nad jeziorem; właśnie taki zapach teraz czułam. Identyczny.
Wszystko zmuszało mnie do odpłynięcia w marzenia... Senne marzenia...

~Stałam nad brzegiem morza, wsłuchując się w szum fal. Trzymałam za rękę Larego, którego uśmiech ocieplał dla mnie wszystko dookoła. Moimi włosami targał lekki, przyjemny wiatr. Czułam się taka wolna... Jak ten biały gołąb, który właśnie przed chwilą wystartował w powietrze. Jak ten wiatr, który cały ten czas targał nam włosy. Jak niewielkie fale morza, nawilżające co chwila kawałek brzegu. Jak...~

- Ciociu, nic ci nie jest? - zapytała Riley. - Zauważyłam że leżysz tu i się nie ruszasz...
- Nie, nic mi nie jest... Musiałam przysnąć. - powiedziałam podnosząc się do siadu, i siląc na lekkie uniesienie kącików ust.- Ale miło, że cię to zainteresowało... Skoro już tu jesteś, napijesz się może czegoś?

Riluś? X3

środa, 27 czerwca 2018

Od Genevieve CD Anarii

Cisza, która między nami panowała była niezręczna do granic możliwości. Mimo, iż stałam wtulona w ramie Anarii, to mogłam idealnie wyobrazić sobie jej aktualny wyraz twarzy. Szczerze mówiąc to wiedziałam, że to się tak skończy... Powinnam uwolnić się od przeszłości, a nie wciąż do niej wracać, jednak wciąż żyłam tamtymi chwilami, mimowolnie... Ludzie idąc w przód, często patrzą w tył, nie rozumiejąc, że łatwo jest się wtedy przewrócić. Gdy w jednej dłoni ściskamy przeszłość, a drugą próbujemy chwytać przyszłość nie mamy miejsca na teraźniejszość. Wiedziałam to wszystko, a mimo to przeszłość i tak była na pierwszym planie mojego życia. Przeszłość potrafi dopaść mnie znienacka, mimo że cały czas staram się o niej zapomnieć. Dlaczego potrafiłam wyciągać odpowiednie wnioski, a nie potrafiłam się do nich zastosować? Dlaczego nie umiałam zacząć od nowa, tak po prostu? Nowa wataha miała być moim nowym życiem, jednak nawet tutaj nie umiałam o tym zapomnieć. Może kluczem nie jest zapomnienie, a nauka życia się z wspomnieniami? Moja filozofia mnie kiedyś zabije. W pewnym momencie pomyślałam o Anarii. Ciekawe co teraz czuje... Odrazę, litość, obrzydzenie...
- Możesz odejść jeśli chcesz... - szepnęłam odsuwając się od dziewczyny, przecierając oczy i rozcierając mój i tak rozmazany makijaż. Westchnęłam głęboko i podeszłam do krawędzi klifu. Anaria stała jak oniemiała. Nie wiedziała co powiedzieć, może to i lepiej...

Anaria? Depresyjne opka mode on! Poza tym sorry, że takie krótkie :(


Od Gabriela CD Riley

- Zostaw mnie! - warknęła Riley  próbując jak najmocniej mnie odepchnąć. Próbując, po przy jej wzroście i wielkości nie mogła zrobić zbyt wiele, więc tylko cofnąłem się o kilka kroków. - Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. - dodała, po czym odeszła ode mnie kilka kroków i usiadła na kamieniu. Bezsilnie objęła kolana rękoma i spojrzała przed siebie. Nagle poczułem coś dziwnego. Coś czego jeszcze chyba nigdy nie czułem. Wyrzuty sumienia. W końcu do mnie dotarło, że przez mój głupi żart mogłem stracić życie, jednak Riley mnie uratowała. Ugh, nie rozklejaj się Leith! Jedno było pewne - musiałem ją przeprosić. Czułem, że muszę to naprawić, a co ważniejsze że mogę to naprawić, bo chyba bardziej spie*dolić się tego nie da. Przeprosić, ale jak? W końcu tak na dobrą sprawę to nigdy tego nie robiłem.
- Nie rycz... - zacząłem próbując przybrać jak najmilszy ton głosu. - Prz... Prze... Przepraszam mała. - wydusiłem w końcu. Ahh moja biedna męska duma. - Wybacz mi skrzacie. - dodałem, patrząc na nią błagalnie. Dziewczyna nie odwróciła się, nawet nie zareagowała na moje słowa.
- Come on! Skrzacie nie denerwuj się, ogarnijmy trochę tą popierdzieloną znajomość i zacznijmy od nowa. - mruknąłem podchodząc do Riley. - Poza tym twoje walizki wciąż siedzą w Mustangu... - roześmiałem się próbując zwrócić na siebie uwagę brunetki, lecz ta wciąż mnie ignorowała. Nieporadnie podszedłem do niej, kucnąłem obok i delikatnie objąłem ją ramieniem. Ugh Gabrielu nie pogrążaj się!
- Przepraszam Riley. Wiem, że jestem gburem, ale taka moja natura. Dziękuję ci za to, że mnie wyciągnęłaś z tej wody... Wybaczysz mi skrzacie? - powiedziałem przyciskając się czołem do jej ramienia i tym samym naruszając nieco jej przestrzeń osobistą.
- Wiesz, że jesteś słodki jak nie wiesz co masz zrobić? - roześmiała się dziewczyna patrząc na mnie. A to mała wiedźma! Ja się tu przed nią płaszczę, a ona się ze mnie nabija... Może trochę mi się należało. Nie zmienia to faktu, iż nazywam się Gabriel Ashley Remington Leith i dopóki moje jądra są na miejscu, to nikt nie będzie się ze mnie nabijał.
- O ty mała jędzo! - udałem oburzenie zrywając się na nogi. Brunetka wystawiła język złośliwie się uśmiechając. Przybliżyłem się do niej i po raz kolejny tego dnia przerzuciłem ją przez ramię. O dziwo tym razem dziewczyna nie protestowała.
- Gdzie mnie ciągniesz tym razem? - spytała opierając się głową o mój bark.
- Do Rivershine!

Riluś? Zepsułyśmy Asza ;-;

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Od Belli CD Jake'a

- Jej! Ile propozycji! - parsknęłam śmiechem, właściwie nie z powodu samej wypowiedzi chłopaka, a wyrazu jego twarzy, który zdawał się mówić "Pomocy, jak mam zacząć tę rozmowę?". Najwyraźniej musiał czuć się w moim towarzystwie wyjątkowo niezręcznie, skoro tak reaguje na mój widok. Boże, jaka ja musiałam dla niego być jeszcze mając pełną pamięć? Bez wątpienia z jakiegoś powodu zachowuje się tak a nie inaczej.
Dopiero po fakcie dotarło do mnie, iż rozmyślania nad zaistniałą sytuacją trwały zdecydowanie zbyt dużo czasu. Co prawda nie mogłam tego wywnioskować z miny Jake'a (wciąż wyglądał na równie przestraszonego jak wcześniej, przyznaję, trochę przygnębiający obrazek), ze stanu zadumy wytrąciła mnie... Cisza. Tak, po prostu cisza. Długa i męcząca, nawet dla wytrawnych myślicieli co to się potrafią zakneblować w ciemnej norze snując w łepetynach przeróżne historyjki odnośnie egzystencji swego ciężkiego, częstokroć samotnego życia. Szlak! Bella, przestań! Znów odbiegłam od tematu. Dobra, wracając do chwili obecnej, obydwoje staliśmy w milczeniu, które wraz z moim dzikim okrzykiem na szczęście przeszło już do historii.
- Co się stało? - teraz się skrzywił. No nareszcie. Strach wreszcie spłynął z jego przystojnej twarzyczki.
- Allie!
- Allie?
- Allie i Noah! Wiem kim są! - wydarłam się na całe gardło, nawet nie zastanawiając się nad konsekwencjami owego zachowania (czytaj: eleganckim wyproszeniem z biblioteki za zakłócanie spokoju. Tia, coś czuję, że przez pewien czas zdjęcie mojej paszczy będzie sobie wisieć na drzwiach tego miejsca pod oznaczeniem "Wstęp zabroniony").
~•~●~•~
- A więc... - ciemnooki zerknął na mnie oparty plecami o poręcz przy wjeździe dla niepełnosprawnych przy aptece, którą właśnie mijaliśmy - Kim oni są?
- Odpowiedź masz tutaj - wyszczerzyłam się triumfalnie, wpychając mu do rąk wyjętą z plecaka książkę.
"Pamiętnik"? - zdziwił się nieco wertując wzrokiem zawartość kartek.
Pokiwałam głową z szelmowskim uśmieszkiem - To główni bohaterowie, moje ulubione postacie literackie. Autora też pamiętam. Nicholas Sparks, jeden z najwybitniejszych pisarzy romansideł - wyjaśniłam naprędce.
- Aha... - Jake chyba nie do końca podzielał mój entuzjazm. Właściwie nie wiem dlaczego, ale już mniejsza z tym. Pamiętam coś. Naprawdę pamiętam.
- To jak w końcu będzie?
- Z czym?
- Z kawą, herbatą, sokiem i wodą? - posłałam mu promienny uśmiech, po czym chwyciwszy bruneta za rękę pociągnęłam go w stronę pobliskiej kawiarni.

Jake? ^^

Od Jake'a CD Belli

Patrzyłem w oczy Belli, wspominając przy tym te wszystkie piękne, wspólnie spędzone chwile. Wewnętrznie rozpaczałem nad obecną sytuacją. Zaniki pamięci, imiona nieznajomych nam wszystkim osób... to bez wątpienia poważne. W każdym razie, póki co postanowiłem nie rozmawiać z nią o niczym z przeszłości. Ewentualnie dyskretnie coś wspomnieć, lub powiedzieć drobnostkę o swojej przeszłości. To dobry pomysł... Zwłaszcza, że mogła się zmienić, i może zdziwić ją jej własne, stare zachowanie.
W sumie, ciekaw jestem, jak bardzo ,,nowa Bella", różni się od ,,starej Belli"... Teraz co prawda straciła pamięć, ale czy nawet z pamięcią będzie inna? A może teraz poczuje do mnie wielką odrazę? Czy będę mieć okazję powiedzieć jej to, co chciałem powiedzieć gdy byliśmy nad rozlewiskiem, przy wodospadzie? Czy przypomni sobie wszystkie nasze wspólnie spędzone chwile? A nawet jeśli uda mi się powiedzieć jej to, co chcę powiedzieć, zgodzi się, czy mnie wyśmieje i znienawidzi? A może imię ,,Noah", to imię jej ukochanego? A może ta dwójka to jacyś przestępcy? Aj, tych pytań jest zbyt dużo...
- Na pewno coś sobie znajdziesz, mamy wiele książek. Są ułożone alfabetycznie. - powiedziałem z trudem unosząc kącik ust. Po jakimś czasie postanowiłem zadać pytanie. - Chcesz może czegoś do picia? Kawa, herbata, sok, woda?

Bellełełeł? Tyle się tu stało, że aż masakra xD

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Sebastiana

Przez ten hałas, który jakimś cudem przedostawał się przez ściany szatni, nie dało się usłyszeć własnych myśli. Serio. Kiedy tylko próbowałem się skupić, skierować tok rozumowania w jedno miejsce i po prostu ogarnąć, krzyki podekscytowanych ostatnim meczem widzów sprawiały, że wracałem do punktu wyjścia. Klnąc na tyle cicho, aby trener mnie nie usłyszał, zakryłem uszy dłońmi. Jeszcze tylko kilka minut, tamci zejdą w boiska, a nasza drużyna pójdzie grać o wszystko. Dosłownie. Od tego meczu zależą nasze oceny, życia i pewnie dusze, bo ten gburowaty nauczyciel na pewno nie jest człowiekiem, tylko jakimś diabłem wcielonym. Ah, jeszcze tytuł młodych mistrzów piłki nożnej, ale to poboczny cel. Każdy z nas idzie tam z myślą "Albo wygramy, albo Woods przetrzepie nam skórę, zamorduje i wywiezie do lasu". Może nie w tej kolejności, jednak aluzję da się załapać.
Kapitan drużyny wyszedł z biura trenera o wiele bardziej zdenerwowany niż wcześniej. Momentalnie wyprostowałem się i zerknąłem w stronę chłopaka. Nie chciałem mu podpadać, a u Jacka to łatwo, zwłaszcza, że Woods musiał zrobić mu niezły wykład na temat wygranej w meczu.
Zdziwiłem się więc, kiedy kapitan jedynie machnął ręką i założył na ramię opaskę. Bez słowa minął nas, siedzących na ławkach i czekających na boskie zbawienie, po czym skierował się w stronę korytarza. Chcąc nie chcąc, musiałem zrobić to samo. Po chwili już całą naszą grupą wyszliśmy na zewnątrz, aby stanąć twarzą w twarz z przeciwnikami.

***

Pierwsza połowa meczu poszła całkiem dobrze. Gol dla nas, za cenę powalenia przez rosłych napastników przeciwnej drużyny skrzydłowego. Ale poradzimy sobie. Mimo wszystko, mamy po swojej stronie wilkołaka, czyż nie?
Taaak, to było oszustwo. Jednak, skoro jestem przedstawicielem tej rasy, czemu mam nie korzystać ze wszelkich błogosławieństw, jakie to oferuje?
Podbiegłem do piłki, silnym kopnięciem wybijając ją spod nóg przeciwnika. Zrobiłem to za mocno, o wiele za mocno, wkładając w to całą swoją zawziętość i chęć wygranej, przez co biedny bramkarz wpadł do siatki wraz z łapaną piłką. Na szczęście, nieco zdezorientowany sędzia zaliczył to jako punkt, ale zobaczyłem, że zaczyna mi się bacznie przyglądać. Wzruszyłem więc ramionami w geście mającym oznaczać, że nie wiem, o co chodzi. Wróciłem do gry, napełniony energią, będąc na skraju przemiany. Po czym to wywnioskowałem?
A no przez to, że zacząłem myśleć jak wilk. Ludzie byli zwierzyną, a ja - łowcą. Zatrzymałem się nagle, chwytając się za włosy. Spróbowałem się uspokoić, skupić, cokolwiek, ale znowu ten cholerny tłum krzyczał i zagrzewał swoje drużyny do walki. To nie pomagało zupełnie, ba, czułem, że jeszcze chwila, a zamiast zawodnika będą mieli rozszalałe zwierzę.
Pchany przeczuciem, spojrzałem w stronę lasu, do którego przylegało boisko. Mimo, że drzewa były ukryte w nocnym mroku, zobaczyłem między nimi dwa świetliste punkty. Czy raczej oczy. Ktoś tam był i zapewne obserwował całą sytuację.

Ktoś, coś?

Od Siergieja

Samochód zatrzymał się stopniowo na żwirowym podjeździe. Wyjrzałem ze znudzeniem na znajdujący się przed nami budynek, po czym założyłem skórzane rękawiczki. Od swojej prawej strony usłyszałem ciche westchnięcie.
- Wiesz - mruknął Vasil, wyciągając ze sportowej torby dwa pistolety, jeden z nich podając mnie. Podziękowałem skinięciem głowy, po czym w ciszy wsłuchałem się w następne słowa przyjaciela - Nie wiem, czy to dobry pomysł. Przecież Jefferson nic nie zrobił. To zwykły staruch, nie jest zagrożeniem.
Zaśmiałem się pod nosem. Krótko, prześmiewczo. Skierowałem się w stronę mężczyzny, po czym przeciągnąłem dłonią po zimnej lufie pistoletu.
- Mam do niego osobistą urazę. Nikołaj również - Poczułem ukłucie żalu w sercu na wspomnienie ukochanego, lecz szybko odrzuciłem od siebie to uczucie. Złapałem za klamkę, wsunąłem pistolet pod poły płaszcza i wysiadłem z samochodu. Nim zamknąłem drzwi, zwróciłem się jeszcze raz w stronę Rosjanina.
- Jeśli się boisz, zostań. Poradzę sobie bez niczyjej pomocy. W końcu, nie bez powodu zwą mnie Bestią, chto, towarzyszu?

***

Całą sprawę zakończyłem dopiero wieczorem. Dlaczego?
Samo zabicie Jeffersona nie było wybitnie trudne. Staruch jest przykuty do łóżka, nie może się ruszać, a jedynie szczekać bez potrzeby. Jedynie strażnicy stanowili lekkie wyzwanie, ale, dziękując jakieś tam sile sprawczej nad nami, że tym razem broń postanowiła współpracować i nie zacięła się. Potem tylko zejść po parapetach na dół, dołączyć do Vasila i wrócić do domu. 
Najwięcej czasu zajęło czyszczenie, zarówno ubrań jak i siebie. Ostatecznie, koszulę postanowiłem sprawić, ale nadal na mej skórze pozostały czerwone cętki krwi, doskonale widoczne na bladej skórze. Nie chcąc zbytnio myśleć na ten temat i przyrównywać się bez potrzeby do bohaterki pewnego dramatu. doszorowałem cudem plamy, nie musząc szukać chusty do zakrycia znamienia mordercy. Nawet jeśli takie pojawiłoby się, nie przejąłbym się tym raczej. Mam na swoich dłoniach krew tylu istnień, że tego nie zliczę. I, w pewnym momencie, kiedy przestałem liczyć kolejne osoby, nagle ten zbrodniczy akt stał się wręcz niczym. Może rzeczywiście jestem potworem z Syberii?
- Co podać? - Głos barmana zmusił mnie do powrotu do rzeczywistości. Zerknąłem na młodzieńca, swoją drogą całkiem przystojnego, po czym przebiegłem spojrzeniem po tablicy za pracownikiem.
- Mojito - mruknąłem, a kiedy tylko kieliszek znalazł się przede mną, zacząłem obracać nim, wpatrując się w falującą powierzchnię.
Podmuch powietrza oznajmił przybycie nowej osoby. Obejrzałem się przez ramię, aby zobaczyć, kto postanowił zaszczycić tę podrzędną miejscówkę swoją obecnością.

Ktoś chętny?

Od Belli do Jake'a

- Panie Wilston, dokąd my właściwie jedziemy? - wypłynęło smętnie z mych ust, gdy mijaliśmy kolejne pastwiska.
- Już panience mówiłem, jedziemy to pani rodziny - odparł siwowłosy mężczyzna, zerkając to na lusterko, to na drogę.
Przewróciłam oczyma z wymownym westchnieniem. Rodzina. Rodzina, rodzina, rodzina... Ciągle słyszę to samo słowo, a wraz z nim nurtujące pytania, na które o dziwo naprawdę nie znam odpowiedzi. Boli mnie to. Nawet nie wiem kim jestem, znaczy się, niby wiem, bo poinformowali mnie o tym lekarze ale... Skąd mam mieć niby pewność, że mówili prawdę? I dlaczego wszyscy wydają mi się tacy obcy? Dlaczego nie pamiętam kompletnie nic?
- Ach, no tak. Proszę wybaczyć moje zapominalstwo... - mruknęłam speszona.
Kierowca uśmiechnął się lekko, po czym skręcił w lewo przy sporym, starym kościele. Zawsze podobały mi się budowle w stylu gotyckim, nic więc dziwnego, że już po chwili poprosiłam mężczyznę by zatrzymał się choć na moment bym mogła nacieszyć oczy pięknem tego miejsca.
~•~●~•~
- To tutaj - oznajmił pan Wilston wysiadając z auta aby następnie pomóc mi z wypakowaniem walizek z bagażnika. Znajdowaliśmy się na całkiem ładnej, aczkolwiek zupełnie obcej mi posiadłości. Czyżby kiedyś stanowiła mój dom? Cóż, tego nie wiem.
Ku memu zaskoczeniu, zaraz po tym jak przekroczyłam granicę dzielącą leśną ścieżynę od furki, z domu wybiegła jakaś wysoka kobieta o długich blond włosach. Przyznam szczerze, nieco zdziwiła mnie owa sytuacja, a zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy jakby nigdy nic rzuciła się na mnie mocno tuląc do siebie. Zesztywniałam niczym potraktowana prądem. Boże, o co tutaj chodzi?
- Wróciłaś... - ciemnooka spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
- Prze... Przepraszam... Kim pani jest...? - wyjąkałam zmieszana.
Kobieta uniosła brwi i otworzyła usta szeroko, jakby nie dowierzała w moje słowa. Uśmiech nagle znikł z jej twarzy.
- Bello, przecież to ja... - wyszeptała zaciskając powieki, a po jej policzkach powoli spłynęły łzy.
Naprawdę chciałam wiedzieć kim jest. Jej twarz... Wydawała się taka znajoma, a jednak obca. Nie mam pojęcia jak w ogóle opisać to uczucie. Było mi z tym źle, a ona wyglądała niczym osoba z nożem wbitym w serce.
Niedługo potem zza drzwi wyłoniła się kolejna osoba, i kolejna, i kolejna, i jeszcze kolejna... Tym oto sposobem zostałam otoczona przez aż pięcioro nieznajomych, z czego oczywiście wszyscy witali się ze mną serdecznie, jeden ciemnowłosy chłopak zaserwował nawet jakiś kawał na dzień dobry. Tak bardzo chciałam wiedzieć jak każde z nich ma na imię, gdzie i kiedy się poznaliśmy, ale co najważniejsze - jakim cudem nie mogę skojarzyć ich twarzy?
- Bella... - usłyszałam nieoczekiwanie za swymi plecami. Odwróciłam się przez ramię, starając się zlokalizować wzrokiem właściciela owego głosu. Okazał się nim młody, całkiem przystojny mężczyzna o kruczoczarnych włosach i ciemnych, brązowych oczach. Popatrzyłam na niego szeroko otwartymi ślepiami. Gdzieś już widziałam to spojrzenie. Dziwne. Nie wyglądał na mojego krewnego. Czemu więc wydaje mi się tak bliski?
- Nawet nie wiesz jak się martwiłem! - wypalił nagle obejmując mnie mocno (ale na szczęście nie tak mocno jak poprzednicy). Przełknęłam ślinę zmieszana i gdy tylko rozluźnił uścisk powoli odsunęłam się o krok, zerkając na chłopaka z zakłopotaniem, a ten przeskanował mnie oczyma zdziwiony. Najwyraźniej spodziewał się nieco innej reakcji, eh, nie jego jedynego dziś zawiodłam...
- Jake, pozwolisz na moment? - jasnowłosa kobieta podeszła do nas po czym odciągnęła nieznajomego znajomego kawałek dalej. Jake. A więc tak ma na imię. Zastanawiałam się o czym mogli tak szeptać.
- Panno Bello, za pozwoleniem, czy mógłbym odnieść pani bagaże do domu? - zwrócił się do mnie Wilston, prawdopodobnie w celu odwiedzenia mych myśli od tematu rozmów tamtej dwójki.
- Pomogę panu - zaoferowała naprędce druga, młodsza dziewczyna. Tak więc, cała nasza trójka udała się do dużego, eleganckiego salonu, gdzie zostawiliśmy walizki. Swoją drogą strasznie duże tu mają pomieszczenia, nie wiem czy się w tym wszystkim połapię... Od Claudii (której imię poznałam podczas rozmowy w kuchni, kiedy przygotowywałyśmy razem kolację) dowiedziałam się, że pierwszą noc spędzę tutaj, a jutro pomoże mi z przeprowadzką do własnego domu, o którym oczywiście nie miałam zielonego pojęcia.
~•~●~•~
- Naprawdę nie pamiętasz niczego...? - zapytała po raz kolejny dziewczyna, przysiadając obok mnie na łóżku.
Z bólem serca pokręciłam tylko przecząco głową. Żałuję. Bardzo żałuję. Z wyrazu jej twarzy, na której malowało się ogromne rozczarowanie, a zarazem smutek; wnioskuję, iż musiałyśmy być sobie bardzo bliskie.
- Zaraz, zaczekaj! Coś chyba pamiętam! - zerwałam się z koca. Nagle coś rozbłysło w mej głowie. Promień nadziei, tak, czułam go! - Allie... - wyszeptałam - ... i Noah...
- Kto? - ciemnowłosa zmarszczyła brwi z miną pod tytułem "Aż się boję pytać dalej".
- Allie i Noah - powtórzyłam uradowana niczym filmowy William B. Tensy zapalający swego papieroska - Pamiętam ich imiona ale... - znów zamilkłam na dłuższą chwilę i wbiłam wzrok w podłogę - Nie pamiętam kim byli ani jak wyglądają...
- Ja też nie wiem - Claudia wzruszyła ramionami - Może poznałaś ich jeszcze będąc na wyjeździe?
- Jakim wyjeździe?
- No tym no... A zresztą mniejsza... - mruknęła speszona - Później ustalimy ich tożsamość, teraz lepiej kładź się spać. To był dla nas wszystkich ciężki dzień, odpoczynek każdemu dobrze zrobi - po tych słowach dziewczyna opuściła pomieszczenie dokładnie zamykając za sobą drzwi.
Powoli przymknęłam powieki, układając się na miękkiej, ugrzanej już przez moje leżące tam wcześniej dłonie poduszce i nawet nie wiadomo kiedy utonęłam w objęciach snu.
~•~●~•~
- Allie. Allie, Allie, Allie... To imię przez cały czas chodziło mi po głowie, a w parze z nim przemykało również drugie, wspomniane już wcześniej - Noah. Kimże oni mogli być? Podświadomie czułam, że gdzieś w głębi serca znam odpowiedź. Wedle mej prośby, zaraz po śniadaniu Clau obiecała zaprowadzić mnie do miejsca, w którym rzekomo zawsze spędzałam najwięcej czasu - biblioteki. O tak, gdy tylko tam weszłam poczułam, że to właśnie tu jest moje miejsce. Zapach farby pisarskiej, stosy książek ułożonych alfabetycznie na półkach, a nawet głucha cisza. Wszystko mi odpowiadało. Tak po prostu. Niesamowite. Że też sama nie wpadłam na pomysł żeby przyjść tu wcześniej.
- To ja na razie spadam. Gdybyś czegoś potrzebowała to dzwoń - tymi słowami ciemnowłosa zakończyła swą wypowiedź, kierując się jednocześnie szybkim krokiem w stronę wyjścia. Najwyraźniej bardzo jej się spieszyło, bo śmignęła niczym rakieta.
Zabrałam się więc za szperanie wśród czytadeł w nadziei, iż uda mi się znaleźć jakąkolwiek książkę, której choć fragmenty będę pamiętać, jednak ku memu zaskoczeniu, a zarazem też ogromnemu rozczarowaniu; ani jedna lektura nie spełniała owych wymogów. Nieoczekiwanie poczułam na ramieniu czyjś oddech. Zerknęłam kątem oka na stojącego tuż obok chłopaka, uśmiechając się delikatnie.
- Cześć, wybrałaś już coś? - zapytał z sympatycznym uśmiechem na twarzy.
- Nie, jeszcze nie - mruknęłam z lekkim zakłopotaniem, odgarniając z czoła ciemny kosmyk włosów, który po raz kolejny bezczelnie wepchał mi się do oczu. Uniosłam wzrok ku górze, wpatrując się w ciemne, głębokie oczy Jake'a. Naprawdę skądś znam to spojrzenie. Najśmieszniejsze (a może i najsmutniejsze?) jest to, że po prostu nie jestem w stanie powiedzieć, co teraz czułam. Ciepło? Poczucie bezpieczeństwa? A może coś więcej? Sama nie wiem, ale to raczej nie miało w tej chwili większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że był blisko. Czułam się przy nim dobrze. Był dla mnie kimś w rodzaju anioła stróża, wiedziałam że mogę powiedzieć mu o wszystkim, bez względu na to jakie miałyby to być słowa on zawsze by mnie zrozumiał. Po prostu to wiem. Jako jedna z nielicznych osób, z którymi dane mi było tutaj rozmawiać, Jake nawet nie próbował zadawać żadnych pytań, ani tym bardziej komentować mojego pewnie bardzo dziwnego zachowania. Byłam mu za to wdzięczna. Miałam już dość tych wszystkich pytań, które zamiast pomagać mi w przypomnieniu sobie choć kilku szczegółów dotyczących "tamtego starego życia", tylko pogarszały sprawę.

Jake? ^^

Bella Liana!

Imię: Bella, choć woli gdy ludzie zwracają się do niej drugim imieniem - Liana
Nazwisko: Blue
Płeć: kobieta
Wiek: 18 lat
Data urodzenia: 18.11.2000 rok
Orientacja: heteroseksualna
Głos: Adele - Hello
Profesja: Uczęszcza do szkoły fotograficznej, prowadzi także korepetycje z angielskiego
Miejsce zamieszkania: Po Bratersku
Charakter: Zacznijmy od tego, że dawna Bella była zupełnie inna niż dziś. Jako dziecko bała się wyzwań, wszelkie przeciwności losu zdawały się jej być nie do pokonania, a sama konieczność stawienia im czoła stanowiła dla dziewczyny istną katorgę psychiczną. Tak, mimo młodego wieku Lia przeszła już naprawdę wiele, ale to dobrze, bo tylko dzięki temu była w stanie podołać przeszkodom rzucanym pod nogi, a tym samym nauczyła się jak radzić sobie w życiu. W obliczu świata zewnętrznego skrywa większość cech pod osłoną cichej, nieśmiałej dziewczyny, która jest swego rodzaju maską. Obcych z reguły trzyma na dystans i nie pozwala sobie na zbyt wiele w ich obecności, przez co niegdyś uważano ją za odludka; ale gdy już kogoś lepiej pozna ukazuje się druga, lepsza strona jej charakteru. W towarzystwie przyjaciół to przebojowa imprezowiczka, która zwykła mawiać, że ze wszystkim potrafi sobie radzić sama. No, może i tak po części jest, bo w sprawach przyziemnych pomocy raczej nie potrzebuje, czego nie można niestety powiedzieć na temat jej psychiki. To typowy wesołek, a optymizm czuć od niej na kilometr. Dziewczyna ta, choć odrobinę postrzelona i często bardzo niepoważna; wbrew pozorom może być całkiem dobrą przyjaciółką. Poniekąd sprawdza się w roli pocieszacza, który jednak po pewnym czasie traci cierpliwość, więc nie miej jej za złe, jeśli przez przypadek palnie coś głupiego, gdy wyprowadzisz ją z równowagi. Ona taka jest i tyle. Ideały nie istnieją, a nawet jeśli, to Bella z całą pewnością się do nich nie zalicza. Wulkan pozytywnej energii, który najchętniej przebalowałby całe życie, jest trochę jak dziecko bujające w obłokach. W pogoni za marzeniami? Czemuż by nie? Rzadko kłóci się z kimkolwiek, a nawet jeśli, to zazwyczaj bierze winę na siebie, byleby jakoś załagodzić sytuację. Bywa, że bez potrzeby wtyka nos w nieswoje sprawy, rzecz jasna nie robi tego złośliwie, zwyczajnie ciekawska z niej istota. To straszna gaduła, więc uważaj żeby przez przypadek nie powiedzieć w jej obecności czegoś, co wolałbyś zachować tylko dla siebie (bez obaw, nie zdradza przyjaciół, a tym bardziej ich tajemnic. Aż taka wygadana nie jest). Jeśli już Belli można coś zarzucić to brak wyczucia, bo zdarzało się jej już wparować do czyjegoś pokoju, paplając bez sensu na temat, który w obecnej chwili zaintrygował jej osobę. Jest bardzo wylewna w uczuciach i potrafi przytulić każdego w każdej sytuacji, nawet jeśli owy nieszczęśnik nie wyraża na to zgody. Iście koński śmiech, płoszy niemal wszystkich i nieraz zepsuł jej opinię w oczach nowo poznanych osób.
Zainteresowania: Literatura. Tak, to słowo z pewnością powinno się znaleźć na pierwszym miejscu. Nudziara, nieprawdaż? No cóż, każdy ma prawo do radości, a dla niej tą radością są właśnie książki, których zawartość pochłania w zastraszająco szybkim tempie. Interesuje się także fotografią, kręceniem filmów i po części grafiką komputerową. W wolnym czasie lubi pobawić się we władczynię kuchni, a tym samym eksperymentować z rozmaitymi przepisami. Od dawien dawna fascynowało ją także zielarstwo i lecznicze właściwości roślin.
Aparycja: Przeciętnego wzrostu i urody dziewczyna może się jedynie poszczycić szerokim uśmiechem, który prawie nigdy nie znika z jej twarzy. Długie włosy, ciemne oczy, jasna cera, zgrabna sylwetka... Co tu więcej dodać? Nawet gdyby bardzo chciała to o powodzeniu wśród facetów może sobie najwyżej pomarzyć, aczkolwiek nie jest typem flirciary, więc nie ubolewa zbytnio nad tym faktem. Jeżeli chodzi o ubiór raczej nie ma konkretnego stylu. Ładnie ale skromnie, po prostu.
Wygląd: Średniego wzrostu, szczupła wadera o miękkiej, zawsze zadbanej białej sierści, która wiosną i latem przybiera delikatnie beżowy odcień. Szyję zdobi gęsty, puszysty kołnierz. Krótkie łapy, długi, nisko osadzony ogon, ładnie zarysowana talia... Chyba nic więcej nie trzeba tutaj uwzględniać.
Rodzina:
Ojciec: Lary, typ dowcipnisia, któremu nie straszne żadne napotkane przeszkody. Bardzo kocha swoją rodzinę. Jakiś czas temu wyjechał służbowo za granicę.
Matka: Anaria, dobroduszna kobieta o wielkim sercu, jedna z najbliższych Belli osób.
Rodzeństwo: Claudia, siostra bliźniaczka, a zarazem jej najlepsza przyjaciółka.
Inni:
Melinda i Nilay - wujostwo Belli, obydwoje zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach.
Riley - córka Melindy i Nilay'a, kuzynka Belli.
Harry - przyszywany brat Riley.
Partner: Jest ktoś, kto już dawno zaskarbił sobie jej serce, choć sama Bella jeszcze nie do końca rozumie, co tak naprawdę ich łączy. Cóż, czas pokarze, któremu z nich dane będzie zrobić następny krok.
Historia: Bella miała szczęśliwe życie, cieszyła się każdym dniem, aż do momentu gdy znalazła się w niewłaściwym towarzystwie. Korzystając z tego, że nie jest już w wilczej skórze zaczęła zadawać się różnymi ludźmi, zupełnie nieświadoma ryzyka jakie mogło się z tym wiązać. Tak oto nasza Lia wpakowała się w poważne kłopoty... Zapewne niewielu dowie się jak wyglądała jej przeszłość, wiadomo jedynie, iż nie była ona usiana różami.
Ciekawostki:
~ Wyznaje zasadę "Tylko człowiek, który doświadczył tego, co najgorsze będzie w stanie docenić życie". Zapewne większość osób słysząc te słowa uznałoby je za wręcz absurdalne, ale właśnie takim, a nie innym mottem kieruje się Bella;
~ Dobrze zna język angielski i francuski, obecnie szlifuje włoski;
~ Wielbicielka wszystkiego co słodkie, zwłaszcza ciast z nadzieniem owocowym. Nic więc dziwnego, że ludzie chwalą sobie jej wypieki;
~ Nie znajdziesz pomieszczenia w jej domu, w którym zabrakłoby roślin. Tak, uwielbia kwiaty, a w szczególności orchidee i paprotki.
Inne zdjęcia:

Od Augustusa CD Anarii

Cichy szum wody, przeskakującej po kamieniach w połączeniu z szelestem wiatru, który przemykał niepostrzeżenie pomiędzy gałęziami drzew tworzył niezwykle przyjemną atmosferę. Nawet jeśli nie skupiałem się jakoś wybitnie mocno na dźwiękach, a w znacznie większym stopniu na otoczeniu, musiałem przyznać, że nad akurat tą rzeką natura prezentowała się od swojej najlepszej strony.
Z taką pozytywną myślą, rozłożyłem sztalugę na miękkiej trawie, ułożyłem w odpowiednim miejscu płótno i wyciągnąłem ołówek zza ucha. Dłuższą chwilę przyglądałem się poszczególnym elementom krajobrazu, lecz ostatecznie zabrałem się za szkicowanie zarysów obrazu. Skupiłem się na swoim zadaniu do tego stopnia, że wysunąłem czubek języka spomiędzy ust, co według niektórych dziewczyn jest całkiem urocze.

***

Dopiero po kilku godzinach, zwarty i gotowy do powrotu, w dłoniach trzymając płótno z gotowym obrazem, spakowałem swoje rzeczy i ruszyłem w stronę bardziej zaludnionej części miasta. Kiedy tylko farba wyschła na tyle, że malowidło mogłem wziąć pod rękę, zrobiłem to, po czym wsunąłem do uszu słuchawki. Niby nie powinienem tak robić, ponieważ miałem wyczulony słuch i te sprawy, lecz kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. A daj mi Borze Wszechszumiący, że jakieś super moce zdobędę? Jak ci mutanci z "X - Manów"? W tym świecie wszystko jest możliwe.
Kiedy tak szedłem przed siebie, nie wadząc nikomu, jakaś dziewczyna napatoczyła mi się pod nogi, wypadając spomiędzy drzew jak pedofil na widok małego dziecka.
O nie, Augustus. To porównanie było złe. Zbyt złe.
Mrucząc pod nosem, roztarłem obolałe miejsce i zerknąłem na nieznajomą. Całkiem ładnie ułożone włosy w specyficznej barwie, przyciągające spojrzenie oczy. No i zapach. Niby kobiecy, ale przebijała się nutka woni lasu oraz drzew. Wilk?
- Patrz, jak chodzisz! - Sama, bez mojej ingerencji podniosła się z trawy i poczęła się otrzepywać. Zmierzyłem to wzrokiem, po czym prychnąłem, rozbawiony całym zajściem.
- Chodzę tam, gdzie chcę i jak chcę - Odparłem, odgarniając z twarzy dziewczyny niesforny kosmyk - A to, że wpadają na mnie ładne dziewczęta, to już nie moja wina.

Anaria? Przepraszam, że długo czekałaś, ale wracam z weną xD

sobota, 23 czerwca 2018

Od Riley CD Gabriela

Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, brunet jakby nigdy nic wrzucił mnie do lodowatej wody. No super. Początkowo miałam go za gbura, okazał się po prostu chamem. A już myślałam, że niosąc mnie tutaj miał w planie zrobić coś... innego. Jeszcze mnie od skrzatów będzie wyzywać burak jeden... Ale mniejsza z tym.
Otwarłszy oczy zwróciłam wzrok ku górze w nadziei, że uda mi się dojrzeć światło, które jednak skutecznie przysłaniał piach i wodorosty wirujące teraz w mętnej otchłani. Po chwili obraz stał się odrobinę bardziej wyrazisty. Niecałe trzy, no, może ze cztery metry dalej dostrzegłam sylwetkę sprawcy owego "kawału". Korzystając z osłony gęstwin pałek wodnych przemknęłam pod liśćmi lilii. Znalazłszy się daleko od miejsca, w którym mnie wyrzucił, dopiero wynurzyłam się by zaczerpnąć zbawczego oddechu. Ukryta wśród przybrzeżnych gęstwin przez pewien czas obserwowałam poczynania Gabriela, którego najwyraźniej zaskoczyła zaistniała sytuacja, bo po upływie zaledwie kilkunastu sekund już latał spanikowanym wzrokiem po tafli wody. Czyżby gryzły go jakieś wyrzuty sumienia? Nawet jeśli, to zapewne niewielkie. Dobrze mu tak, zasłużył sobie. Nieoczekiwanie ruszył z miejsca, idąc wzdłuż linii brzegu. Widząc to z powrotem zanurzyłam się pod wodę po czym podpłynęłam bliżej wodorostów, podczas gdy Leith stanął na piaszczystym pagórku, patrząc daleko przed siebie na jezioro. Zastanawiałam się ile czasu jeszcze tak się pogapi zamiast zacząć działać. Czyżbym wkurzyła go do tego stopnia, że teraz miał zamiar mnie ukatrupić? Któż to wie... Jedno jest pewne - na ratunek się nie rzucił. Jakież to smutne, ale i pocieszające, bo dzięki temu bez skrupułów będę mogła mu się odpłacić pięknym za nadobne. Nie czekając ani chwili dłużej, niczym bagienny demon z tandetnych horrorów z głośnym pluskiem wyskoczyłam z wody i chwyciwszy chłopaka za nogawkę wciągnęłam go do zbiornika. No tego to się na pewno nie spodziewał. Biedaczysko.
Niedługo potem wynurzyłam się na powierzchnię, powoli wypływając na brzeg, gdzie ku ogromnemu zaskoczeniu Leith'a wcale nie zastałam, wręcz przeciwnie - wciąż był w wodzie, ale pływał... Twarzą do dna. No nie, bez żartów! Przecież on jest nie do zdarcia! Może udaje? A może w coś uderzył? Boże, czy ja go zabiłam? Tyle myśli kłębiło się w mojej głowie, a z każda następna sekunda tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, iż mężczyzna faktycznie może wcale nie blefować. Nie tracąc czasu wskoczyłam do jeziora, by wyciągnąć go na ląd. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś udało mi się dociągnąć go na piaszczyste podłoże. Wciąż leżał nieruchomo, jego twarz zbladła, a oczy przez cały czas pozostawały zamknięte. Dopiero teraz do mnie dotarło, iż nie oddycha.
- Gabriel, Gabriel! Halo, człowieku, oddychaj! - odruchowo przywarłam do chłopaka uciskając klatkę piersiową. Dobra, chyba najwyższa pora sobie przypomnieć lekcje dotyczące udzielania pierwszej pomocy, w których... Oczywiście nigdy nie uczestniczyłam, bo zdawały mi się być tylko stratą czasu. O, ironio losu! Okey, trzeba będzie zdać się na intuicję i sceny podpatrzone w filmach... Niczym zawodowy ratownik medyczny (Boże, jak to strasznie brzmi) przystąpiłam do działania. Masaż serca nie przyniósł oczekiwanego efektu, przyszła więc kolej na najgorsze, co mogłabym w tej chwili zrobić, ale nie miałam już wyboru. Wzięłam głęboki oddech i wdmuchałam powietrze w jego usta, potem następny, następny i jeszcze następny... Nie przestawałam. Wiedziałam, że nie mogę przestać. Sama nie wiem czemu do oczu napłynęły mi łzy. Że też jestem w stanie jeszcze go opłakiwać...
- Proszę... - zacisnęłam powieki nie mogąc oderwać wzroku od jego twarzy. Wyglądał teraz tak bezbronnie, tak dziwnie... Z mojej winy. Chciałam się na nim zemścić, lecz nie w taki sposób. Nie chciałam go zabić.
Nagle zauważyłam, że klatka piersiowa mężczyzny delikatnie się unosi, a zaraz potem odkrztusił strumień wody. Najwyraźniej przeraził go fakt, iż znajdujemy się tak blisko siebie, bo gdy tylko ogarnął co się dzieje zesztywniał niczym potraktowany prądem, po czym odepchnął mnie od siebie na tyle mocno bym łupnęła w pobliskie drzewo.
- Co ty wyprawiasz?! - warknął wściekle odsuwając się. Brawo, co za odraza. Ładne mi podziękowanie za uratowanie życia. Już zaczynam tego żałować.
- Ocaliłam cię, kretynie! - palnęłam rozgoryczona, podnosząc swoje porządnie potłuczone cztery litery z gleby.
W odpowiedzi gbur skrzywił się tylko zniesmaczony, otarłszy usta z obrzydzeniem.
- R...Riley... - nagle zrzedła mu mina, a w oczach jakby zawitał... Strach? Hm, no na to wygląda. Fascynujące.
- Odpuść sobie, już ja znam te twoje numery - pokręciłam głową spoglądając na ciemnowłosego z politowaniem.
Ku memu zaskoczeniu jego ręka w jednej chwili śmignęła przed moją twarzą, zatrzymując morderczy uścisk na... włosach.
- Auć! Przestań! - wysyczałam wściekła. Mężczyzna z całej siły wyszarpnął mi kilka kosmyków wraz z czymś długim i śliskim, po czym cisnął całą zawartością swej garści w krzewy. To "długie i śliskie" okazało się...
- To... To żmija?! - wydarłam się zszokowana, widząc nieco otumanione, choć wciąż gotowe do ataku stworzonko, które jednak wraz z brakiem reakcji z naszej strony czmychnęło gdzieś w trawę.
- Uspokój się, nic się nie dzieje... - mruknął niewzruszony podniósłszy się z gleby - A tobie co? - zmrużył oczy odwracając się przez ramię - Ryczysz?
Na żadne z jego pytań nie miałam zamiaru odpowiadać, nawet gdybym chciała to nie mogłam. Ręce trzęsły mi się jak galareta i sama nie wiem, czy przyczyną był stres, czy też zimno; a z kolana sączył się cienki strumień krwi. Leith nachylił się nade mną, po czym ostrożnie wsunąwszy dłonie pod moje łokcie pomógł mi podnieść się z ziemi. W pewnym momencie odważyłam się spojrzeć na jego twarz, która o dziwo wcale nie miała tak wrogiego wyrazu jak przedtem. Niemniej jednak coś głęboko w środku kazało mi czym prędzej się wycofać.
- Zostaw mnie! - wysyczałam przez zęby z całej siły odepchnąwszy od siebie chłopaka - Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!

Gabriel? ^^

Od Genevieve CD Bruna

- Wiesz, ostatnie dni mało co się odzywasz... W nocy gdy się budzę lub nie mogę spać słyszę tylko dźwięk pisania na klawiaturze laptopa... Coś jest nie tak? - mruknął Bruno. Czyżbym słyszała troskę w jego głosie? Chciałabym mu powiedzieć, ale się wstydzę... Przestań Gen! To nie wstyd być artystką! Artystką nie, nieudacznikiem udającym artystę owszem. A co jeśli powie mi, że powinnam zająć się prawdziwą pracą? A co jeśli będzie chciał przeczytać "Ucieczkę Przegranej" i dowie się prawdy o moim życiu. Tak na dobrą sprawę to "Ucieczka Przegranej" wciąż nie jest skończona. Prawdę mówiąc to piszę ją cały czas, opowiadam o Brunie, Anarii, Max i całej watasze. Przyjęła już bardziej postać pamiętnika niż książki. Westchnęłam i spojrzałam w sufit. Dobrze! Powiem mu, ale nie pokażę niczego, co napisałam.
- Bo ja... Piszę książki... To znaczy pisałam. Postanowiłam, że powinnam z tym skończyć. - oznajmiłam patrząc na zdezorientowaną twarz chłopaka. - Mało się odzywałam, bo miałam problem z pewnym fragmentem, z tym o który cię pytałam... Z wyznaniem miłości. - dodałam wpatrując się ponownie w sufit.
- Dlaczego chcesz z tym skończyć? Z pisaniem? - spytał zdziwiony. Nie takiego pytania się spodziewałam.
- Bo mam wrażenie, że już się do tego nie nadaję. Czuję, że już się wypaliłam. Wszystkie wiersze, teksty, opowiadania... Napisałam już wszystko co miałam napisać. - wyjaśniłam. - Poza tym i tak nie ma z tego żadnych korzyści. Nie pokażę nikomu mojej książki, moich wierszy, żaden piosenkarz nigdy nawet nie przejrzy moich tekstów... Nie mam przyszłości jako pisarka. - dodałam. Bruno patrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie... nie wiedziałem. - wyjąkał. - Może to po prostu chwilowy brak weny. Poza tym, punkt z przeglądaniem tekstów możemy ogarnąć... - dodał z zagadkowym uśmiechem.

Bruno? Wykorzystam cię do rozkręcenia pisarskiej kariery Gen...

Od Gabriela CD Riley

Jedyne o czym w tym momencie marzyłem to odwieźć dziewczynę do tego całego Rivershine i porządnie się zrelaksować... Przy Jacku Danielsie. Zabawne jak jedno upierdliwe stworzenie może zepsuć dzień. Zaraz po chamskich debilach, trajkoczące laleczki to mój "ulubiony" typ ludzi. Riley cały czas marudziła. Ciekawe czy szczęka jej nie boli po całym dniu denerwowania innych.
-  Litości! Czy ty możesz na chwilę się zamknąć?! - syknąłem, próbując po raz kolejny subtelnie i delikatnie uświadomić dziewczynie, że mam jej dość.
- No sorry, taka moja natura. Nic nie poradzę. Ja ci nie wytykam, że jesteś nadętym gburem... - czyżby? -... więc zachowajmy odrobinę kultury. Nikt ci nie kazał oferować mi pomocy, sam tak postanowiłeś, więc nie narzekaj. - skubana miała racje. Z drugiej strony mogła nie pytać mnie o pomoc... Uznajmy, że to działa w dwie strony. Przewróciłem oczami, po czym przekręciłem kluczyk i odpaliłem samochód. Stary ford nie ruszył z piskiem opon, tak jak zazwyczaj, tylko powoli się toczył, aż w końcu zgasł. Co jest do cholery? Przekręciłem kluczyk jeszcze raz, ale teraz nawet nie chciał odpalić.
- Co się dzieje? - spytała zaniepokojona Riley.
- Zaraz się dowiem. - odparłem wysiadając z auta. Opcje były trzy; paliwo, chociaż nie widziałem, żeby kontrolka się świeciła, olej, też nie zanotowałem ostrzeżenia lub akumulator. Czyżbym zostawił staruszka na światłach. Stanąłem przed maską, z zamiarem jej otwarcia. O nie... Teraz Riley będzie miała przechlapane.
- Rileeey... - mruknąłem słodkim głosikiem, wywabiając dziewczynę z auta. - Co to ku*wa jest?! - warknąłem na cały głos, wskazując brunetce rysy na masce Mustanga.
- Prezent skarbie... Prezent. Nie denerwuj się tak bo ci zmarszczki wyjdą. - powiedziała z złośliwym uśmieszkiem. Przeżyłbym atak na mnie, ale atak na Mustanga to cios poniżej pasa. Niewiele myśląc chwyciłem ją w pół i przerzuciłem przez ramię, nawet nie czując jej ciężaru, bo ile może ważyć ten mały skrzat...
- Hej! Co ty robisz! Postaw mnie na ziemię! - krzyknęła Riley bijąc mnie pięściami po plecach. Czy ona myśli, że da radę cokolwiek mi zrobić tymi małymi rączkami?
- Nie! Nie wij się tak skrzacie bo spadniesz i nie daj Boże zrobisz sobie jakieś rysy na "masce". - roześmiałem się ruszając w kierunku jeziora, które znalazłem gdy przechadzałem się po lesie. Było tylko kilkadziesiąt metrów stąd, więc dotarcie do niego nie zajęło mi dużo czasu. Gdy stanąłem nad jeziorem postawiłem Riley z powrotem na ziemię.
- I co to ma niby być? Po co mnie tu przyniosłeś? - warknęła zniecierpliwiona brunetka.
- Po to. - oznajmiłem biorąc dziewczynę na ręce.
- Romantycznie, ale wolę stać na ziemi. - burknęła Riley.
- Taaak? - mruknąłem. - Nie chcesz siedzieć w moich objęciach, możesz siedzieć w wodzie. - powiedziałem rzucając Riley prosto do wody. Może uda mi się ją utopić, kto wie...

Riley? Okropnie oklepane, ale wciąż klimat jest ^-^


piątek, 22 czerwca 2018

Od Claudii CD Jerry'ego

-  Sporo, wiem... Ale lubię przechadzać się w nocy, tak jakoś... To mnie uspokaja, zwłaszcza ostatnio...
Gdy miewam napady smutku... - dorzuciłam w myślach.
- W każdym razie, lepiej na nich uważaj. - powiedział, po czym odwrócił głowę w innym kierunku, najwyraźniej zamierzając już iść.
- A... - słysząc mój głos spojrzał w moją stronę. - Nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli pójdę z tobą?
Chłopak zamyślił się na chwilę, jednakże zdecydował się zgodzić.
Ruszyliśmy więc chodnikiem przed siebie, początkowo się do siebie nie odzywając.
Po jakimś czasie dotarliśmy do parku. Rozgwieżdżone, czarne, bezchmurne niebo, i światła latarni, rozświetlające mrok naokoło, dodawały temu miejscu klimatu. Przywodziły mi na myśl sceny, stworzone gdzieś w mojej wyobraźni... Jeszcze te rześkie, wieczorne powietrze, które ułatwiało myślenie... Uwielbiam spacery nocą.
- Lubisz tu przychodzić? - zapytał Jerry, wciąż patrząc gdzieś przed siebie.
- Bardzo. Zwłaszcza gdy nie ma tu większej ilości ludzi. Wtedy jest tak cicho, i spokojnie... Można swobodnie zostawić troski gdzieś w tyle, i  się rozmarzyć... - mówiąc to, wciąż rozglądałam się dookoła. - A ty? Lubisz tu przychodzić?...
Mój wzrok niepewnie powędrował na Jerry'ego, między innymi jako oznaka oczekiwania odpowiedzi od niego.

Jerreł? Dis is krótkie XD

Od Jerry'ego do Claudii

Szybko ubrałem moją skórzaną kurtkę i czym prędzej wybiegłem z domu. Pech chciał, że mieszkałem z... dość dużą liczbą ludzi... Co już trochę zaczęło mi przeszkadzać. Byłem z natury człowiekiem dość zamkniętym w sobie. Co prawda wręcz kochałem towarzystwo innych, ale czasami miałem nagłe napady smutku. I właśnie wtedy najbardziej na całym świecie potrzebowałem samotności i krótkiego odpoczynku od złej rzeczywistości. Myślę, że moi współlokatorzy już się do tego przyzwyczaili i raczej nie mięli mi tego za złe. Tak więc odpaliłem telefon i włączyłem moją ulubioną piosenkę.
Twenty one pilots - goner, po prostu ostatnimi czasy zakochałem się w tej piosence po uszy. (można sobie włączyć dla klimatu heh)
Ostatnio miałem dość częste napady przygnębienia, więc praktycznie co drugi dzień, a raczej co drugą noc wychodziłem z na długą przechadzkę. Tym razem nie poszedłem do mojego ulubionego miejsca. Moim celem stał się niewielki park obok domu. O tej porze nie powinno być tam nikogo. Czułem się cholernie samotny. Gdybym był dziewczyną to już dawno bym się rozpłakał. Nie wiem co się ostatnio ze mną dzieje... Pokręciłem głową na boki chcąc wyrzucić wszystkie czarne scenariusze z myśli.
Z oddali słyszałem głośną muzykę. Przypuszczam, że dochodziła z klubu, w którym pracuje Max. W końcu było to jedno z najbardziej obleganych miejsc w całym mieście. Zapatrzony w kolorowe światełka migoczące w oddali musiałem na kogoś wpaść.
 - Przepraszam. - mruknąłem pod nosem od razu wymijając ową osobę.
 - Nic się nie stało. - Zauważyłem jak dziewczyna się uśmiecha. - Wszystko w porządku? - spytała zatrzymując mnie.
 - Tak. Czemu pytasz? - najchętniej ulotniłbym się z tego miejsca, ale na moje nieszczęście Max wbiła mi do głowy wszystkie zasady kultury, więc nawet gdybym chciał to jakoś ciężko byłoby się przełamać i odejść bez żadnego słowa.
 - Nie wyglądasz zbyt dobrze. - Przekrzywiła głowę w bok.
 - Dzięki, że mnie w tym uświadamiasz. - Prychnąłem pod nosem ponawiając próbę odejścia.
 - Hej! Poczekaj! Przepraszam, nie miało to tak zabrzmieć. - Złapała mnie za rękę i delikatnie przyciągnęła do siebie. - Claudia jestem - wyciągnęła rękę w moją stronę.
 - Claudia? Nie poznałem cię... - powiedziałem ściskając jej rękę. - Jerry.
 - Jerry! - wykrzyknęła. - Dawno cię nie widziałam w ludzkiej postaci... - Zaśmiała się nerwowo.
 - Ja ciebie też... Co tu robisz o tej godzinie? Wiesz ile niebezpiecznych typków się tu kręci? - spytałem.

Claudia? mam nadzieję, że to nie aż taki gniotek xd

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Alecii do Gabriela

Dochodziła godzina 12, a ja wciąż nie zjadłam śniadania. Początkowo nawet nie myślałam nad tym, co chciałabym zjeść, gdyż słuchałam ,,So What'' na full'a. Dopiero po jakimś czasie pomyślałam, że zjadłabym coś, a najlepiej pizzę z pepperoni, prosto z mojej ulubionej pizzerii. Wyszłam więc z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Schodząc na dół, a tym samym do salonu, mocno waliłam na schodach, tym samym przyciągając uwagę Holly, która czytała w salonie gazetę.
- E, wychodzę! - powiedziałam od niechcenia.
Holly przytaknęła tylko głową. Heh, takich współlokatorów jak ona to ja jeszcze rozumiem. Nic do ciebie nie mają przez większość czasu, i siedzą tylko cicho. No, w sumie nie wiem co robi Holly gdy mnie nie ma, ale mniejsza z tym. Ważne że mnie daje spokój.
Będąc w przedpokoju, zarzuciłam na siebie czarną kurtkę skórzaną z ćwiekami, i nałożyłam buty z ćwiekami. Wychodząc mocno trzasnęłam drzwiami.
***
Puściłam muzykę na telefonie, i otworzyłam szybę. Następnie otworzyłam pudełko z pizzą, i wyjęłam pierwszy kawałek. Zaczęłam zjadać go ze smakiem... Potem następny, i kolejny... W ten sposób zjadłam 4 kawałki. W domu zjem pozostałe dwa z tego pudełka, a te z drugiego pudełka podgrzeję wieczorem, albo jutro na śniadanie. Schowam to u siebie w pokoju, żeby mi się ci ,,współlokatorzy'' do żarcia nie dobrali.
Odpaliłam jaguara, zamknęłam szybę, włączyłam klimę, i włączyłam muzykę na głośniku. Droga była prawie pusta, więc ruszyłam całkiem szybko.
***
Ponownie wyszłam w domu, tym razem jednak na spacer. Nudziło mi się, więc miałam zamiar poszukać potencjalną ofiarę do wku*wienia. A jak nic się nie znajdzie, to powku*wiam współlokatorów.
Zamieniłam się w wilka, i ruszyłam w las. Nie zajęło mi długo napotkanie na swojej drodze czarnego basiora, z długą sierścią.

Gebriel? mehmeh, taki se gniotek XD

Alecia Beth Tanya!

Imię: Alecia Beth Tanya
Nazwisko: Almanzar
Płeć: Żeby nie domyśli się, że to kobieta, trzeba mieć problemy ze wzrokiem.
Wiek: 20 lat
Data urodzenia: 08.09.1998
Orientacja: Hetero, aczkolwiek ze względu na skomplikowany charakter można by ją zaliczyć do aseksualnych.
Głos: Sober - P!nk
Profesja: Barman
Miejsce zamieszkania: Cicha Polana (no, z nią to niezbyt cicha...)
Charakter: Wyżej zostało już wspomniane, że charakter tej tu istoty jest skomplikowany. ,,Przed odezwaniem się do niej skonsultuj się z lekarzem bądź farmaceutą gdyż każde słowo niewłaściwie sformułowane zagraża twojemu życiu lub zdrowiu''. Tak, bardzo agresywna z niej istota. Łatwo się wkurza, jednakże głośna muzyka (chyba że klasyczna), czy szybka jazda pojazdem nie robią na niej wrażenia. Jeżeli powiesz że jest brzydka, spojrzy na ciebie, rozśmieje się jak tylko może, i powie coś o wiele gorszego. Jej riposta jest tak świetna, jak... No, sam możesz się przekonać. Lubi grać innym na nerwach, ale tak bardzo, że będą mieli ochotę ją zadusić. Ups! Jaka szkoda, że nie dadzą rady w całym swoim życiu. Dziewczyna jest raczej introweryczką, jednak lubi chodzić na imprezy. Chłopaków miała w życiu sporo, jednakże traktowała ich jak śmieci, i nie raczyła nawet przytulić czy podać ręki. Prawdziwych przyjaciół nie miała nigdy. Gdy nie panuje nad nerwami, może to się bardzo źle skończyć... Lepiej jej nie wkurzać. Gardzi tchórzami, zboczeńcami, czy tymi, którzy myślą że robią dobre wrażenie i są 'fajni'. Często przeklina. Warto dodać, że mimo złośliwego charakteru, Alecia jest bardzo mądrą osobą.
...Kto wie, może to właśnie ciebie polubi, i ci zaufa?
Zainteresowania: Lubi sporo rzeczy... z charakteru można to wynieść.
Aparycja: Mierząca 180cm wzrostu, szczupła kobieta. Posiada jasnoniebieskie oczy, i włosy w odcieniu bardzo jasnego blondu (jednakże nie platynowego i nie ,,białego''). Jej sylwetka jest bardzo kobieca. Gdy robi makijaż, skupia się na czarnej ,,obwódce'' oczu, oraz bardzo często czerwonej bądź ciemno-różowej szmince (zdarza się też ,,naturalny'' odcień). Na koniec dodam, że może i nie wygląda jak facet na sterydach, natomiast jest mocno umięśniona, a siłą może dorównać nawet niejednemu facetowi.
Wygląd: Wysoka wadera, o niebieskich oczach. Jej sierść jest czarno-biała, jednakże czerń w wielu miejscach wpada w odcień szarości. Właściwie, to jej pysk jest bardzo charakterystyczny...Uszy, które od środka mają małe ,,łuki'', i wydłużony pysk... Tak, to Alecia.
Rodzina: Katheryn Almanzar - matka;
Justin Almanzar - ojciec;
Partner: Brak, i nie planuje zmian
Historia: Jak to mówi sama Alecia, ,,Urodziłam się jak wszyscy''. Tak więc, urodziła się w rodzinie Almanzar, gdzie wychowywała się normalnie jako wilk, i jako człowiek. W wieku 18 lat opuściła oficjalnie rodzinny dom, i ruszyła w świat, a dokładniej, do znajomego nam wszystkim miasta. Pewnego razu spotkała pewną osobę z watahy (wcale nie była to Anaria, wcale). Fakt, jak to na Alecię przystało, zajęło to jakiś czas, ale dołączyła do naszej społeczności.
Ciekawostki: 
~Posiada motocykl Kawasaki ZZR 1400
~Ma 2 samochody - srebrny BMW M2, i czarny jaguar XJ.
~Umie grać na keyboardzie, perkusji, i gitarze.
~Posiada (legalnie) strzelbę. ,,Jak mi się złodziej wpie*niczy do domu, to pyk i nie ma gościa''.
~Ma gitarę basową.
~Uwielbia ostre rzeczy. Skoro o jedzeniu mowa, zaznaczę że uwielbia pizzę z pepperoni i chipsy paprykowe, a najlepiej chili.
Inne zdjęcia: